„Fajne miejsce, ale przede wszystkim takie, w którym naprawdę da się biegać”: gdy na Tarmac Race stoper zastępuje samoloty
Pomysł, by pobiec 5 albo 10 km po pasie lotniska, intryguje i przyciąga. 13 czerwca Tarmac Race zamieni tę ideę w rzeczywistość na lotnisku Valence-Chabeuil. Surowa sceneria, klarowna formuła i obietnica bez zbędnych ozdobników.
Projekt wyrasta z płyty lotniska Valence-Chabeuil w departamencie Drôme, zwykle niedostępnej przestrzeni, gdzie każdy metr służy czemuś innemu niż bieganie. A jednak właśnie to czyni ją tak interesującą. Anthony Aleixandri nie próbuje owijać pomysłu w bawełnę. „Chcieliśmy znaleźć miejsce, które się wyróżnia” – mówi współzałożyciel stowarzyszenia Reload i organizator Tarmac Race, po czym niemal od razu dodaje: „ale przede wszystkim chcieliśmy miejsca, w którym naprawdę da się biegać”.
Za tą prostotą stoi jasna filozofia. Żadnej sztucznej scenografii ani atrakcji, które miałyby przykryć pustkę. „Czasem aktywacje idą trochę za daleko” – zauważa. To miejsce broni się samo. Płyta lotniska narzuca pewien respekt i naturalną powściągliwość, dzięki którym trudno popaść w gadżeciarstwo.
Wydarzenie opiera się na dwóch dystansach. Dostępny dla szerokiego grona biegaczy 5 km został ograniczony do 500 numerów startowych, a bardziej wymagające 10 km ma 1000 miejsc (do zdobycia pozostało jeszcze około 200 numerów). „Piątka pozostaje najbardziej inkluzywnym formatem” – przypomina Anthony, odwołując się bezpośrednio do własnych doświadczeń. Dziesiątka rządzi się inną logiką. „Dziś 10 km to dystans, o którym ludzie myślą, kiedy mówią o wyniku”. Dwa formaty, dwa sposoby podejścia do rywalizacji, bez rozmywania przekazu.
Trasa, na której można pobiec do granic własnych możliwości
Trasa nie próbuje zaskakiwać. Stawia na czystą formę. Poprowadzona w całości po płycie lotniska i drogach kołowania, rozwija się w szerokie pętle, bez ciasnych zakrętów i wybijania z rytmu. „Daleko widać, można się rozpędzić i utrzymać tempo” – podsumowuje Anthony, który wcześniej pracował w sprzedaży. To zdanie idealnie pasuje do warunków na trasie. Na 5 km biegacze pokonają małą i dużą pętlę. Na 10 km dojdzie jeszcze jedno okrążenie, które pozwoli utrzymać regularność. Nic nie rozbija mechaniki biegu. Nie ma osłony przed wiatrem ani podstępnych miejsc do ponownego przyspieszenia. Jest tylko prosta i to, co potrafimy na niej z siebie wycisnąć.
Trasa jest stworzona do bicia życiówek!
„Trasa jest stworzona do bicia życiówek!” – mówi bez wahania. Po chwili dodaje jednak ważne zastrzeżenie. „Kiedy nie ma wiatru, warunki bardzo sprzyjają rekordowi. Kiedy wieje, robi się trudno”. Prosta, niemal brutalna prawda, która stawia biegacza sam na sam z własnymi możliwościami. Później rywalizacja wchodzi w inną fazę. Bieg odbywa się o zmierzchu, tak by podążać za światłem, a nie z nim walczyć. „O tej porze bieganie w środku dnia staje się trudne” – wyjaśnia jeden z filarów zaledwie pięcioosobowego zespołu organizacyjnego.
Słońce powoli schodzi za Vercors i Ardèche, pałeczkę przejmują LED-y, a atmosfera zmienia się płynnie. DJ, konferansjer, ale wciąż ta sama niechęć do przesady. „Nie chcę, żeby to poszło we wszystkich kierunkach” – przyznaje. Lotnisko już samo w sobie tworzy coś wyjątkowego.
Bastien Augusto i Raphaël Montoya na starcie, Alessia Zarbo wciąż możliwa
Wokół biegu wszystko układa się tak, by stworzyć prawdziwe wydarzenie. Miasteczko zawodów otworzy się już o 17:00, a na miejscu pojawią się food trucki, browar, lodziarnia i strefy spotkań. „Chcemy, żeby coś działo się przed biegiem i po nim” – podkreśla Anthony. To sposób na przedłużenie doświadczenia bez przeciążania go atrakcjami. Za tą płynnością kryje się jednak spore wyzwanie. Organizacja biegu na lotnisku to nieustanna próba. „To niezwykle skomplikowane” – przyznaje. Bezpieczeństwo, prefektura, ograniczenia techniczne. A przede wszystkim zasada, z którą nie da się dyskutować. „Jeśli trzeba będzie przetransportować organ do przeszczepu albo wybuchnie pożar, bieg schodzi na dalszy plan”. Jedno zdanie wystarczy, by przypomnieć, czym jest to miejsce.
Nawet na trasie wszystko pozostaje pod kontrolą. „Musimy być w stanie całkowicie opróżnić teren w ciągu dwudziestu minut” – tłumaczy. To poważne ograniczenie, uwzględnione od samego początku. Na liście startowej pojawi się kilka nazwisk dodających wydarzeniu kolorytu: Bastien Augusto na 10 km oraz Raphaël Montoya na 5 km. Do tego do stawki może dołączyć Alessia Zarbo. Zawodnicy zostali dobrani z wyraźnym pomysłem. „Chcieliśmy fajnych, wyluzowanych sportowców” – mówi Anthony, wierny duchowi całego projektu.
Partnerzy wpisują się w tę samą filozofię. Na czele Oakley, a obok HOKA, Maurten, Specialized i BMW. „Nie chcieliśmy brać wszystkich” – wyjaśnia. „Chodziło o marki premium, które pasują do tego projektu”. W gruncie rzeczy Tarmac Race nie próbuje przekonać do siebie każdego. „Nie jestem pewien, czy w ogóle muszę kogoś przekonywać” – rzuca Anthony. Podejście niemal pod prąd. „Jeśli ludzie będą chcieli przyjechać, to przyjadą”.
13 czerwca na pasie lotniska Valence-Chabeuil nikt naprawdę nie wystartuje. Jednak gdy światło zacznie gasnąć, asfalt poprowadzi prosto przed siebie, a biegacze poczują dziwną satysfakcję z bycia na swoim miejscu w przestrzeni, która nie została stworzona do biegania, niektórzy mogą wyjechać stąd z czymś więcej niż tylko wynikiem. Z rzadkim wrażeniem. Niemal zawieszonym w czasie.