@Margauxlifestyle, osobista historia, która przemawia do kobiet
Margaux, sportsmenka nosząca rozmiar 42 i rzadki głos w mediach społecznościowych, obala wizerunek idealnej zawodniczki. Jej społeczność, w 85% złożona z kobiet na wszystkich platformach, odnajduje się w jej nietypowej historii. Jednak to przede wszystkim jej bezkompromisowa postawa daje nadzieję i przypomina wszystkim kobietom, by nigdy się nie poddawały.
✓ Rozmowa z @Margauxlifestyle, która opowiada nam o swoim rozwoju w mediach społecznościowych, pokonywaniu osobistych trudności i zamienianiu chwil zwątpienia w źródło inspiracji dla swoich obserwatorek i obserwatorów. Margaux to przede wszystkim głos, który wybrzmiewa, oraz przykład odporności psychicznej w świecie, w którym wizerunek sportsmenki wciąż zbyt często pozostaje zamknięty w sztywnych ramach.
Jest Pani kobietą o coraz większym wpływie, z setkami nowych obserwujących każdego dnia. Jak doszło do tego, że zyskała Pani tak silną pozycję?
Ostatnio wszystko rozwija się stopniowo, kilka moich rolek dobrze niesie się w sieci! Około 2014 roku założyłam konto na Instagramie, a rok później bloga. Publikowałam trochę intuicyjnie i szybko powstała niewielka społeczność skupiona wokół biegania. To był wtedy gorący temat, wszyscy obserwowali się nawzajem i dodawali sobie otuchy. Nie pamiętam dokładnych dat swoich początków z bieganiem, ale w 2013 roku kupiłam zegarek sportowy. W swoim pierwszym oficjalnym starcie, półmaratonie w Pradze, pobiegłam w marcu 2015 roku, podczas Erasmusa, razem z mamą. Tego dnia naprawdę poczułam się biegaczką. Byłam z siebie dumna… Później robiłam postępy, poprawiałam rekordy i wystartowałam nawet w Maratonie Paryskim. W 2019 roku przybrałam na wadze, co bardzo źle znosiłam, bo nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje. Wciąż regularnie trenowałam, robiąc trzy treningi biegowe i dwa lub trzy treningi wzmacniające tygodniowo, ale im więcej ważyłam, tym bardziej się cofałam. Zaczęłam słyszeć komentarze fatfobiczne. Siłą rzeczy, ponieważ nie zamierzałam się poddać, zaangażowałam się w walkę z fatfobią. Mówiłam o bieganiu i nadwadze, próbując zmienić sposób, w jaki postrzega się osoby z nadwagą.
Wbrew temu, co wiele osób sądzi, nie zawsze chodzi o złą dietę i brak aktywności fizycznej. Jedno wynikało z drugiego, więc zaczęłam otwarcie mówić o PCOS, czyli zaburzeniu hormonalnym, na które cierpię, oraz o odchudzaniu. Bardzo szybko znalazłam się w dość wyjątkowej sytuacji w mediach społecznościowych, bo niewiele osób mówi o bieganiu i nadwadze. W świecie biegania jest wiele kobiet z imponującymi wynikami i sylwetkami, przez co przeciętnej biegaczce trudno się z nimi utożsamić. Zaczęłam więc zdobywać obserwujących, czasem po kilkaset osób naraz, a czasem znacznie wolniej. Gdy przekroczyłam 25 tysięcy, zmieniłam sposób tworzenia treści i od tamtej pory liczba ta tylko rośnie. Najważniejsze jest dla mnie przekazywanie konkretnego przesłania i docieranie z nim do osób, których ono dotyczy. Chcę przede wszystkim budować społeczność kobiet, które biegają i inspirują się nawzajem.
To wszystko wyrasta z Pani osobistej historii, która stała się uniwersalna i pozwala utożsamić się z nią wielu kobietom. Czy większa widoczność pomogła Pani odbić się od trudności, przez które Pani przechodziła?
Szczerze mówiąc, wtedy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam. Myślę, że tak, choć wszystko potoczyło się dość naturalnie. Przede wszystkim nie chciałam pozwolić, by osoby, które mnie obrażały i poniżały, stawiały na swoim, nie znając ani mnie, ani mojej walki, ani wysiłku, który wkładałam w zmianę sytuacji. W tamtym czasie bardzo potrzebowałam udowodnić światu, że nie odżywiam się źle i że uprawiam sport. Z czasem kolejne kobiety odnalazły w tym siebie, a wokół tego powstała grupa, rodzaj siostrzeństwa.
Dziś, kiedy przychodzi pora na bieganie, to dla mnie czysta przyjemność. To moja własna bańka, chwila zawieszona w czasie, kiedy mózg się wyłącza i mogę po prostu cieszyć się tym momentem .
Co na początku skłoniło Panią do biegania? I co nadal motywuje Panią dzisiaj?
Na początku chciałam się wyładować. Nie mogłam już znieść siedzenia na ławce. Byłam kłębkiem nerwów. Wcześniej trenowałam gimnastykę, więc początki były trudne! Wtedy moja mama, mająca około pięćdziesięciu lat, potrafiła biegać przez godzinę i jednocześnie rozmawiać z koleżanką. Moje ego nie zamierzało odpuścić. Wytrwałam. Pomyślałam, że skoro mama daje radę, ja też mogę. Zauważyłam, że im więcej biegam, tym spokojniejsza się staję. To dobrze na mnie działało, więc biegałam dalej. A po półmaratonie w Pradze naprawdę polubiłam bieganie. Dziś, kiedy przychodzi pora na bieganie, to dla mnie czysta przyjemność. To moja własna bańka, chwila zawieszona w czasie, kiedy mózg się wyłącza i mogę po prostu cieszyć się teraźniejszością. Włączam muzykę i podziwiam krajobraz. Mam trzy lub cztery ulubione trasy, które zaczynają się niedaleko mojego domu. Mieszkając w Lyonie, podczas długiego treningu lubię odkrywać nowe miejsca.
Jak radzi sobie Pani z hejtem w mediach społecznościowych i negatywnymi emocjami, które się z niego wylewają?
Na początku bardzo źle to znosiłam. Teraz usuwam, blokuję i nawet się nad tym nie zastanawiam. Czasem wykorzystuję te komentarze, bo podsuwają mi pomysły na treści. To niemal stało się źródłem inspiracji. Dziś nie wpływa to już na mnie bezpośrednio.
Czy może Pani opowiedzieć o swojej pracy, na czym polega i co dla Pani oznacza?
Jestem szeroko rozumianą twórczynią internetową. Tworzę zarówno na własny rachunek, jak i na zlecenie marek i firm. Jestem dopiero na wznoszącej fali, jeśli chodzi o działalność w mediach społecznościowych, to wciąż początek. Nie chcę zabrzmieć arogancko, ale dla mnie samo miejsce, w którym dziś jestem, jest już czymś ogromnym. 45 tysięcy obserwujących to więcej osób, niż mieszka w moim rodzinnym mieście, Agde. Jestem trochę w trybie „wow”! Z perspektywy świata influencerów to jednak wciąż stosunkowo niewiele.
Pani styl życia wydaje się całkowicie podporządkowany pracy. Jak wygląda to na co dzień?
Obecnie dobrze się z tym czuję. Szczególnie cenię sobie swobodę organizowania własnego czasu, choć bywa intensywnie, bo trzeba wcisnąć w grafik treningi, różne spotkania, a przede wszystkim znaleźć czas na pracę. Bywanie tu i tam jest fajne, ale obowiązki same się nie zrobią i trzeba dostarczać to, co jest do dostarczenia. Czasem przypomina to łamigłówkę, ale prowadząc własną działalność, mam tę możliwość, że mogę dopasować treningi tak, by biegać w ciągu dnia. Lubię pokazywać, co dzieje się w moim życiu sportsmenki. To normalne, że wrzucam relację całą czerwoną albo spoconą, choć oczywiście zwracam uwagę na kadrowanie. Trzeba znaleźć złoty środek. Istnieje tu pewne złudzenie: ponieważ mówię głównie o sporcie, niektóre osoby sądzą, że tylko tym się zajmuję. Staram się zdejmować poczucie winy z obserwujących mnie kobiet, często prowadzących życie rodzinne, które mówią: „Ale jak ty to robisz? Ja nie mam czasu.” To, że pokazuję wyłącznie sport, nie oznacza, że tylko nim się zajmuję. Po prostu nie widzicie reszty.
Jak wygląda Pani typowy dzień? A szerzej, jak organizuje Pani tydzień między sportem, spotkaniami i pracą?
Moje typowe dni cały czas się zmieniają. Jedno jest pewne: trenuję sześć dni w tygodniu, czasem dwa razy dziennie, a pracuję siedem dni w tygodniu. Wszystko się miesza, życie prywatne i praca. Jestem singielką, nie mam dzieci, i trudno powiedzieć, czy prowadziłabym taki tryb życia, gdybym była w związku i miała rodzinę. Od czterech lat trenuję triathlon, a poza tym zajmuję się treningiem siłowym i tańcem. Na bieganiu i rowerze zazwyczaj jestem sama. Pływanie trenuję pod okiem trenera, bo przez problemy z uszami nauczyłam się pływać bardzo późno. Nie mogę powiedzieć, że wcześniej naprawdę umiałam pływać. Mój kraul był fatalny, a po 25 metrach nie mogłam złapać oddechu. W wieku 29 lat zapisałam się do klubu triathlonowego w Rillieux i zaczęłam chodzić na zajęcia. Trudno byłoby mi wytrwać bez dziewczyny na podobnym poziomie. Przez rok dzieliłyśmy między sobą żarty mimo wszystkich problemów. Czułyśmy się jak zawalidrogi, ale we dwie potrafiłyśmy się śmiać, a to pomogło mi utrzymać rytm!
Jak na co dzień trenuje Pani bieganie?
Obecnie przeplatam treningi VMA z długimi wybieganiami. Nie robię zbyt wielu interwałów, bo za nimi nie przepadam. Nigdy nie biegam z grupą, bo moje tempo jest wolniejsze od tempa wszystkich pozostałych. Dziś moim głównym celem na biegach ulicznych jest ich ukończenie, bo czasem walczę z limitami czasu… a zdarza mi się przegrać.
Czy często spotyka Pani podczas zawodów sportowych osoby, które Panią obserwują? Co znaczą dla Pani te spotkania?
Zdarza się. Nadal czuję się wtedy bardzo niezręcznie, bo proszenie o selfie osoby spotkanej na ulicy kojarzy mi się z gwiazdami. A ja przecież nie jestem Beyoncé. Kiedy ktoś mówi mi, że mnie podziwia albo jest moim fanem… wciąż nie potrafię się do tego przyzwyczaić. Dla mnie jestem po prostu zwyczajną dziewczyną, która uprawia sport i dość głośno protestuje, gdy ktoś ją lekceważy. Kiedy dzięki moim radom przestają nosić bawełniane dresy, nie wstydzą się biegać w krótkich spodenkach albo zapisują się na swój pierwszy bieg… Właśnie to napawa mnie dumą: że miały odwagę spróbować i dobrze się bawią. Problem w tym, że wiele z nich się boi, nie czuje się uprawnionych do zajmowania miejsca w sporcie, dźwiga ogromny ciężar mentalny, a żeby wygospodarować czas, musiałyby jeszcze zmienić układ w związku. Czasem samo wyjście pobiegać wymaga dużej pracy nad sobą, podczas gdy mężczyznom wydaje się to zupełnie błahe. Oni nie zadają sobie tylu pytań, w przeciwieństwie do kobiet, które mają ich nieskończoną listę.
Czy można powiedzieć, że Pani konto ma wymiar zaangażowany, skoro wiele osób odnajduje się w walce, którą Pani prowadzi?
Kiedy widzę reakcje, jakie wywołała moja ostatnia rolka o ciele sportsmenki, odpowiedź brzmi zdecydowanie: tak. Rzadko coś zyskuje aż taki rozgłos. Nie wiem, czy można mówić o „sukcesie”, ale w mniej niż 48 godzin rolka przekroczyła 300 tysięcy wyświetleń. Nigdy wcześniej nic nie wystartowało tak mocno. Dwie lub trzy moje rolki przekroczyły milion wyświetleń, w tym ta ostatnia, której realizacja bardzo mnie rozbawiła. Pokazuję w niej codzienne przejawy fatfobii w sporcie, które ograniczają osobom z nadwagą dostęp do aktywności fizycznej. I ta rolka dobiła do miliona wyświetleń. To ogromne!
Jaki przekaz chce Pani przekazać, regularnie mówiąc o wyzwaniach związanych z budową ciała przy wyborze odzieży sportowej?
Od rozmiaru 42, czyli mojego, trudniej znaleźć ubrania sportowe, które byłyby jednocześnie dopasowane i ładne. Nie zawsze mam problem, ale nie mogę ubierać się w każdym sklepie. Muszę zwracać uwagę na kilka kwestii, między innymi na to, by uniknąć otarć między udami. Nie chodzi o wagę, tylko o budowę ciała, i ten temat wciąż powraca. Do tego stopnia doprowadza mnie to niemal do szału: choć mówiłam o tym wszędzie i tworzyłam treści, żeby problem stał się widoczny, nadal dostaję to pytanie dwa lub trzy razy dziennie. Dlatego niemal co tydzień znów o tym mówię… Podobnie jak o biustonoszach sportowych w dużych rozmiarach!
Margaux to nie tylko influencerka, lecz także prawdziwy symbol wytrwałości i przemiany. Swoją historią pokazuje, że wizerunek kobiety w sporcie można zdefiniować na nowo, z dala od narzuconych standardów. Dzieląc się wyzwaniami, sukcesami i chwilami zwątpienia, tworzy dla swojej społeczności przestrzeń autentyczności i siostrzeństwa. Jej droga, jednocześnie osobista i uniwersalna, zachęca każdą kobietę, by przekraczała własne granice, zajęła należne jej miejsce i nie pozwoliła, by definiowały ją oczekiwania innych. Obserwowanie Margaux oznacza wejście na ścieżkę, na której każdy etap, nawet ten najtrudniejszy, może stać się zwycięstwem.