Loréna Meningand pierwszą Francuzką w Maratonie Paryskim: „Mój sekret? Zawsze robię po swojemu”

EB
Autor: Emma Bert

Opublikowano śr., 9 września 2026

Zaktualizowano śr., 9 września 2026

Loréna Meningand pierwszą Francuzką w Maratonie Paryskim: „Mój sekret? Zawsze robię po swojemu”
© STADION-ACTU

Loréna Meningand została w ten weekend pierwszą Francuzką w Maratonie Paryskim, wzbudzając ogromne zainteresowanie. Ta pełna energii biegaczka zdecydowała się wystartować na królewskim dystansie bez specjalnych przygotowań, zaledwie dwa tygodnie przed biegiem. Uzyskała świetny czas 2:36:33, bijąc rekord życiowy. Jej nietypowa droga zdecydowanie nie mieści się w standardach typowych dla zawodników.

Jej jedyna zasada? Czerpać radość, dzielić pasję z przyjaciółmi i zawsze zachowywać dobry humor.


Zaczęłam biegać w 2021 roku, po licznych lockdownach, kiedy wreszcie mogliśmy wyjść z domu” wspomina Loréna Meningand, która w ten weekend zachwyciła w Maratonie Paryskim, zajmując pierwsze miejsce wśród Francuzek z czasem 2:36:33. „Po tym, jak musiałam siedzieć w domu, chciałam trochę pooddychać świeżym powietrzem, więc spróbowałam biegania”. Urodzona na paryskim przedmieściu, w departamencie Hauts-de-Seine, nie przypuszczała wtedy, że właśnie rozpoczyna szaloną przygodę, która szybko się nie skończy. Przez dwa lata 28-latka regularnie wychodziła na samotne rozbiegania: najpierw raz w tygodniu, potem dwa, trzy, wreszcie cztery. Tak narodziła się jej wielka pasja do biegania. „Robiłam tylko rozbiegania, bez pracy nad tempem czy intensywnością. Na początku raz w tygodniu biegałam 8 km i za każdym razem próbowałam pobiec jak najszybciej. Kiedy zaczynasz, to całkiem zabawne, bo cały czas biegniesz na maksa” śmieje się zawodniczka.

Dołączenie do grupy wyszło trochę przypadkiem” wspomina ze śmiechem zawodniczka Harbat Running Lab. „Pewnego weekendu poszłam pobiegać z kolegą, który zna założyciela Harbat Running Lab, Adama Belkacema. To była wtedy malutka, około piętnastoosobowa grupa. Zaproponował, żebym do nich dołączyła. We wrześniu 2023 roku zrobiłam z nimi pierwszy trening interwałowy, na stadionie Émile Anthoine. Było świetnie, bardzo spodobało mi się bieganie w grupie, więc zostałam. Od tamtej pory grupa ogromnie się rozrosła. Teraz wieczorami na bieżni trenuje nas ponad setka!” Loréna Meningand trenuje na poważnie dopiero od… półtora roku. To wtedy poznała interwały, treningi specjalistyczne i długie wybiegania. Niedługo później, w grudniu 2023 roku, wystartowała w swoim pierwszym biegu: 10 km de la Tour Eiffel (36:00, 6. miejsce wśród kobiet). Wynik dodał jej skrzydeł i zaostrzył apetyt. „Od roku startuję w całkiem wielu zawodach. Biegłam między innymi w Maratonie Kopenhaskim, w kilku półmaratonach, dwukrotnie właśnie w Paryżu, a w zeszłym tygodniu w Maratonie Paryskim.

Maraton Kopenhaski ukończony w 2:38:05

Dla Lorény Meningand nic nie wydaje się poza zasięgiem. Kiedy jej grupa rozpoczęła w styczniu 2024 roku czteromiesięczne przygotowania do maratonu w Kopenhadze, postanowiła spróbować. „Przygotowywałam się z klubem do biegu na 10 km i wszystko poszło bardzo dobrze, więc dołączyłam do przygotowań do Maratonu Kopenhaskiego. W każdą niedzielę robiłyśmy razem długie wybieganie, a potem szłyśmy na brunch. Świetnie było dzielić to z innymi. To był też pierwszy raz, kiedy biegałam pięć do siedmiu razy w tygodniu i robiłam znacznie większy kilometraż”.

Entuzjazm początkującej zawodniczki został nagrodzony w duńskiej stolicy. Pierwszą połowę przebiegła w planowanym tempie 3:50/km. Czując się dobrze, przyspieszyła i dzięki mocniejszej drugiej połowie poprawiła wynik o dwie minuty, kończąc w 2:38:05. „Wszystko poszło dobrze, lekcja została odrobiona i zdana. To pierwsze doświadczenie było niesamowite. Mimo wszystko było potwornie ciężko i pomyślałam: nigdy więcej! Na tym dystansie trzeba tak bardzo przekraczać własne granice” przyznaje zawodniczka. „A potem, rok później, pojawił się Paryż…

Na początku 2025 roku podopieczna Hugo Sedefiana chciała ponownie przygotować się do maratonu. Ostatecznie nie znalazła w sobie motywacji, by powtórzyć cały proces, choć towarzyszyła przyjaciółce szykującej się do Maratonu Bostońskiego. Nie pracowała przy tym nad własnym tempem, choć czuła, że w porównaniu z poprzednim rokiem zrobiła postęp, którego nie potrafiła jeszcze ocenić. „Nie byłam w najlepszej formie i nie chciałam nakładać na siebie presji związanej z przygotowaniami do zawodów. Już w styczniu zrezygnowałam, ale nadal trenowałam, bez specjalistycznej pracy. Po półmaratonie w Paryżu forma wróciła, więc pomyślałam, że spróbuję pobiec Maraton Paryski na maksa i zobaczę, co z tego wyjdzie.

Wystartowałam w ostatniej chwili, z myślą, że nie mam nic do stracenia. Poza tym bieg był u siebie, wystarczyło w niedzielny poranek założyć buty. Byłam ciekawa wyniku i ostatecznie sama jestem nim mile zaskoczona.

Loréna Meningand

Zwyciężyła spontaniczność: na dwa tygodnie przed startem postanowiła, że stanie na linii Maratonu Paryskiego. „Zaczęłam tapering” żartuje reprezentantka Harbat Running Lab. „Trenuję bez przerwy, więc oczywiście miałam już w nogach odpowiedni kilometraż i byłam wytrenowana, ale w ogóle nie przygotowywałam się konkretnie do maratonu ani do żadnego tempa. To zmieniło całe doświadczenie, zupełnie inne niż przy moim pierwszym maratonie. Nie miałam pojęcia, jak szybko będę w stanie biec. Ruszyłam z pacemakerami na 2:35, bo utworzyła się duża grupa, więc chciałam spróbować w tempie 3:40/km. Odpadłam jednak po ośmiu czy dziewięciu kilometrach, bo było za szybko. Przez resztę biegu biegłam właściwie sama i miałam wrażenie, że w każdej chwili pęknę. Zastanawiałam się, kiedy się wycofam” opowiada zawodniczka.

Myśl o zejściu z trasy była bardzo silna, ale Loréna Meningand trzymała się dalej na trasie, którą uważa za trudną. Wspierana przez bliskich i klub kontynuowała tę bolesną przeprawę. To doświadczenie było zupełnie inne i znacznie trudniejsze niż w Kopenhadze. „Tym razem w drugiej połowie wcale nie przyspieszyłam, chyba nawet zwolniłam. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Ograniczałam straty, a około 34. czy 35. kilometra zaczęłam czerpać z biegu przyjemność. Dodawałam sobie otuchy, powtarzałam: już niedługo koniec, teraz dajemy z siebie wszystko, wykorzystujemy to, co jeszcze zostało.” Nagrodą był rekord życiowy 2:36:33 i pierwsze miejsce wśród Francuzek w tym prestiżowym biegu. „Wystartowałam w ostatniej chwili, z myślą, że nie mam nic do stracenia. Poza tym bieg był u siebie, wystarczyło w niedzielny poranek założyć buty. Byłam ciekawa wyniku i ostatecznie sama jestem nim mile zaskoczona.

Zachwyt kibiców nad zawodniczką

Loréna Meningand bardzo przeżyła reakcję tłumu bliskich i nieznajomych, którzy licznie ustawili się na paryskich ulicach, by skandować jej imię. Wzruszyły ją także ciepłe wiadomości po biegu. „Ponieważ zajęłam pierwsze miejsce wśród Francuzek, w mediach społecznościowych wybuchł ogromny entuzjazm! Zalała mnie fala powiadomień, dostałam mnóstwo wiadomości. Po biegu zrobiło się naprawdę szalenie. Biegam też w różowych skarpetkach mojego klubu, więc bardzo dopingowali mnie ludzie, którzy rozpoznawali Harbat Running Lab. Bieg u siebie jest niesamowity, atmosfera była obłędna.

Paryżanka o zaraźliwym uśmiechu uwielbia autoironię i chętnie wykorzystuje ją w mediach społecznościowych (@lorenathletics na Instagramie). Jej spontaniczność i wybuchy śmiechu bardzo podobają się internautom. „Żartuję z mojej techniki, kroku biegowego, a ludzie podchwytują te żarty. Adam wrzucił film, na którym piję podczas maratonu. Chyba ma już ponad 2 miliony wyświetleń, więc skala zainteresowania w sieci jest dość szalona. Dostaję mnóstwo pozytywnych wiadomości i bardzo mnie to cieszy. Ludzie są życzliwi. Nawet te nieliczne zabawne komentarze w stylu: „masz beznadziejny krok”, nas, w klubie, po prostu bawią!

Ta sympatia przyciągnęła uwagę prestiżowej szwajcarskiej marki ON, z którą reprezentantka Harbat Running Lab kilka tygodni temu podpisała kontrakt ambasadorski.

Życie paryżanki na najwyższych obrotach, pływacka przeszłość i Loréna Meningand, czyli uosobienie doskonałości

Maratonka uwielbia biegać po Mieście Świateł, przemierzając je podczas codziennych treningów. W swoich publikacjach nie waha się nawet oznaczać Anne Hidalgo, zachwalając piękno stolicy. Jej trasy to Boulogne, Vincennes podczas długich wybiegań, nabrzeża Sekwany, stadion Émile Anthoine i Paul Faber, a także siłownia. Dorastająca na paryskim przedmieściu zawodniczka biega codziennie, średnio 120–150 km tygodniowo. Trzy treningi robi z klubem: na bieżni, progowy i długie wybieganie, a do tego dochodzi jedna lub dwie sesje siłowe na siłowni.

Wszystko to przy wymagającej pracy zawodowej. Od pięciu lat biegaczka pracuje jako konsultantka dla banków i firm ubezpieczeniowych w sektorze finansowym. „To dość intensywne życie. Mój tydzień jest rozpisany co do minuty: pełnoetatowa praca, treningi, jedzenie, sen i od początku. W klubie poznałam osoby, które żyją tak samo jak ja i mają tę samą pasję. Dzięki temu mogę łączyć ambicje sportowe z życiem towarzyskim.” Ta niezwykle aktywna kobieta maksymalnie wykorzystuje każdą godzinę, by pogodzić dwa intensywne życia. Praca przez cały dzień nie jest przeszkodą. Żeby nie tracić czasu, Loréna Meningand woli wracać z biura biegiem, „zamiast spędzać godzinę w RER-ze”. W dni pracy zdalnej wykorzystuje przerwę obiadową na trening, a potem wraca do pracy, jedząc przed ekranem.

Tej dyscypliny i poziomu sportowego nie zawdzięcza przypadkowi. Do 16. roku życia trenowała pływanie na bardzo wysokim poziomie, zanim przerwała, by skupić się na nauce. Wielokrotnie startowała w mistrzostwach Francji w pływaniu. „Rzuciłam pływanie i sport w ogóle, bo dostałam się do klasy przygotowawczej do ENS, a potem do szkoły biznesowej, EDHEC Business School, gdzie ukończyłam studia jako najlepsza na roku. Zresztą więcej tam imprezowałam niż uprawiałam sport. Dopiero pod koniec szkoły, już po COVID-zie, wróciłam do aktywności: najpierw ćwiczyłam w domu, a pod koniec lockdownu odkryłam bieganie.

Płomień biegania

Kiedy mam beznadziejny dzień i zły humor, wiem, że rozbieganie wszystko zmieni i po nim poczuję się lepiej. To taka „running therapy”, jeśli można tak powiedzieć.

Loréna Meningand

Loréna Meningand od razu pokochała bieganie. „Za to, jak człowiek czuje się po treningu” wyjaśnia. „To prawdziwy flow, nieopisana euforia i dobre samopoczucie. Kiedy mam beznadziejny dzień i zły humor, wiem, że rozbieganie wszystko zmieni i po nim poczuję się lepiej. To taka „running therapy”, jeśli można tak powiedzieć. Na początku szukałam przede wszystkim sposobu na przekraczanie własnych granic. Kiedy zaczynałam i robiłam tylko rozbiegania, ruszałam na maksa i kończyłam kompletnie wykończona. Za każdym razem porównywałam na Stravie swoje tempa z poprzednimi treningami, urządzałam sobie wyścig. Teraz biegam cały czas dla przyjemności, niekoniecznie po to, żeby robić postępy. Po prostu tego potrzebuję.

Jej ulubiony dystans? Bez wahania półmaraton, na którym czerpie z biegania najwięcej radości. Zawodniczka zna swój potencjał maratoński i tłumaczy go umiejętnością utrzymywania stałego tempa przez bardzo długi czas. „10 km jest dla mnie za krótkie. Wydaje mi się, że moje tempo jest prawie tempem półmaratońskim, naprawdę nie mam szybkości” przekonuje pasjonatka. Trudno jednak brać te słowa całkiem dosłownie, skoro niedawno ustanowiła rekordy życiowe: 16:51,42 na 5000 m (Saint-Maur-des-Fossés, 2024), 34:16 na 10 km (Paryż, 2024) i 1:13:30 w półmaratonie (Paryż, 2024). Powiedzieliście, że maratonka nie jest szybka?

Loréna Meningand nie snuje wielkich sportowych marzeń. Chce po prostu „cieszyć się, dobrze bawić i robić postępy, bez presji i konieczności rozliczania się przed kimkolwiek”. Rozwija tę myśl: „Właśnie dlatego zawsze decyduję się na start w ostatniej chwili. Obecnie nie mam żadnego zaplanowanego startu ani konkretnego biegu na celowniku. Chcę biegać zgodnie z samopoczuciem, zależnie od formy i nastroju danego dnia. Może nie umiem radzić sobie z presją, ale nie chcę jej odczuwać. Mój sposób to robić po swojemu, czerpać radość z biegania i korzystać z czasu spędzanego z przyjaciółmi!


Dzięki świeżości, rozbrajającej naturalności i dużej dawce autoironii Loréna Meningand podważa utarte zasady sportu na najwyższym poziomie. Pokazuje inną wizję wyników: bardziej wolną i radosną. Jej historia, rozpoczęta od rozbiegania po lockdownie, przypomina, że przyjemność może być najpotężniejszym silnikiem rozwoju. A czasem spontaniczne założenie butów prowadzi znacznie dalej, niż można sobie wyobrazić.