Thomas Cambou z Leclerc Pont-l’Abbé: maraton jako styl życia
Thomas Cambou, twarz mediów społecznościowych Leclerc Pont-l’Abbé i maratończyk z 22 startami na koncie, od dekady dokumentuje swoje biegi na całym świecie: od Berlina po Tokio, od Sydney po Kapsztad. Samouk, który przed 44. rokiem życia nigdy nie wystartował w zawodach. Rozmowa telefoniczna z RPA, na dzień przed jego 22. maratonem.
Kiedy dzwonimy do Thomasa Cambou, jest w Republice Południowej Afryki, leży na łóżku z nogami uniesionymi do góry. Dwa dni później pobiegnie Maraton Kapsztadu w czasie 3:31:43. Będzie to jego 22. maraton i ósma gwiazdka World Marathon Majors, choć na oficjalne potwierdzenie trasy, planowane na listopad, trzeba jeszcze poczekać. „Żadnej presji”, mówił. Tylko trochę gorąco, żeby dobrze pobiec. Ten przybrany Bretończyk zaczął biegać w wieku 44 lat, po tym jak zbliżył się do wagi 100 kg i od matury nie uprawiał żadnego sportu. Pierwszy maraton pobiegł w Paryżu w 2016 roku, wcześniej nie startując nawet na 10 km. Rekord życiowy ustanowił w Berlinie w 2019 roku, uzyskując 3:06, a w tym samym sezonie pobiegł w Londynie 3:09. Od tamtej pory zalicza kolejne Majors: Tokio, Boston, Sydney, Nowy Jork, Chicago i kolejne tygodnie biegania, niemal bez przerwy od dziesięciu lat. Strava potwierdza: blisko 500 tygodni nieprzerwanej aktywności. Równolegle mieszkaniec Finistère znakomicie wywiązuje się z roli prowadzącego media społecznościowe Leclerc Pont-l’Abbé. Jego filmy przyniosły mu miliony wyświetleń i sprawiły, że ludzie prosili go o wspólne zdjęcia nawet w paryskim metrze. Dwa życia, jedna para butów.
Ma pan dziś na koncie 22 maratony. Kiedy bieganie przestało być zwykłym wyzwaniem, a stało się koniecznością?
Żeby wyjaśnić, jak do tego doszło: tak jak wiele osób przestałem uprawiać sport po maturze. Przytyłem 30 kg, a w wieku 44 lat zacząłem biegać 3 km. Było bardzo, bardzo ciężko. Ale się nie poddałem. Kontynuowałem, wychodząc raz w tygodniu i stopniowo zwiększając dystans. Moja najlepsza przyjaciółka Valérie mieszkała w Paryżu, ja na południowym zachodzie Francji, a ona również biegała. Wymyśliliśmy sobie małe wyzwanie: w jedną niedzielę ja robiłem 5 km, w następną ona 6, więc ja miałem zrobić 7, i tak dalej. Przez cały ten czas myślałem, że maraton to szaleństwo, coś absolutnie niemożliwego. Potem Valérie zapisała się na Maraton Paryski w 2015 roku. Oglądałem jej start i pomyślałem: w 2016 roku spróbuję. Zapisałem się na półmaraton i maraton w Paryżu. Pierwszy maraton pobiegłem dziesięć lat temu. A kiedy już człowiek w to wejdzie, jest po nim.
Przed maratonem nie miał pan na koncie ani dyszki, ani półmaratonu. To dość brawurowe podejście, prawda?
Z czasem zrozumiałem, że lubię ten dystans bardziej niż półmaraton. W życiu pobiegłem tylko jeden bieg na 10 km, żeby towarzyszyć komuś, kto chciał ukończyć go w godzinę. Przez całą trasę go pilnowałem. Nigdy jednak nie przygotowywałem się specjalnie do dyszki ani nie pobiegłem jej na serio. Zresztą 7 czerwca wystartuję w adidas 10K Paris. To będzie dla mnie niespodzianka. Zapytałem ChatGPT, co mi radzi, a on odpowiedział: „Na cokolwiek jest już za późno. Odpocznij i ruszaj”. (Śmiech)
Czy spośród tych wszystkich maratonów któryś szczególnie zmienił pana podejście do tej dyscypliny?
Mój pierwszy Major, Londyn w 2019 roku, wciąż pozostaje moim najlepszym doświadczeniem. Tego dnia pobiłem rekord, uzyskując 3:09, a jeszcze w tym samym roku poprawiłem go w Berlinie na 3:06. Na Majorze atmosfera jest z zupełnie innej planety. Pod względem dopingu Maraton Paryski 2016 nie miał nic wspólnego z Londynem. W anglosaskim stylu kibice stoją ramię w ramię od linii startu aż do mety, a finisz z muzyką w tle jest niesamowity. Szczerze mówiąc, to był dla mnie przełom emocjonalny i czysta przyjemność. Wtedy postanowiłem skompletować Majors, bo przeczytałem, że w tamtym czasie zrobiło to mniej niż stu Francuzów. Wydawało mi się to czymś wyjątkowym. Dziś jest ich znacznie więcej, ale to było wyzwanie, które sobie wyznaczyłem.
Przez dziesięć lat amator nabrał doświadczenia. Pracuje dwa razy ciężej niż na początku, a osiąga gorsze czasy. Ale taka jest gra, trzeba to zaakceptować.
Zawsze ma pan kolejny start w planie i przygotowania za sobą. Co wciąż pana motywuje?
Kolejny start oznacza kolejne przygotowania. Bardzo lubię długie cykle: zaczynają się spokojnie, a kończą długimi treningami po 30–32 km. Tak wygląda moje życie od dziesięciu lat. Dziesięć lat, 21 maratonów i ciągłe przygotowania. Nie należy jednak postrzegać tego jako czegoś wyjątkowego. To pięć, sześć treningów tygodniowo, w tym interwały, a w niedzielę długie wybieganie. I właśnie to sprawia mi największą przyjemność. Poza tym na mecie pojawia się wyrzut endorfin, przez który zazwyczaj już myślę o kolejnym maratonie. Nie próbuję przesuwać granic. To część mojego stylu życia, coś naturalnego. Jeśli nie biegam przez dwa dni, źle się czuję.
Rekord ustanowił pan w 2019 roku. Sam mówi pan, że od tamtej pory „cofa się” z poziomem. Jak się z tym żyje?
Ponieważ zacząłem późno, rekord pobiegłem w 2019 roku w Berlinie w 3:06. Potem przyszedł COVID i mocno wyhamował moje bieganie. Przerzuciłem się na triathlon, bo zawody się odbywały, a ja mogłem jeździć na rowerze na trenażerze i tak dalej. Przez półtora roku, może dwa lata, trenowałem pod triathlon. Kiedy wróciłem do maratonu, zobaczyłem, że straciłem formę. Do tego dochodzi wiek. Maraton Kapsztadu to mistrzostwa świata Abbott World Marathon Majors i startują tam zawodnicy w moim wieku, którzy biegają 2:30. Tyle że to poziom wyczynowy. Ja wciąż jestem amatorem. Spokojnie. Przez dziesięć lat amator nabrał doświadczenia, pracuje dwa razy ciężej niż na początku, a osiąga gorsze czasy. Ale chyba na tym polega ta gra. Trzeba to zaakceptować.
Pomysł, żeby dokumentować swoje starty, pojawił się od razu?
W 2014 roku postanowiliśmy założyć konto na Instagramie dla Leclerc Pont-l’Abbé, a ja nie miałem jeszcze prywatnego profilu. Pomyślałem, że też go założę, żeby sprawdzać, co działa, a potem wykorzystywać to zawodowo. Przyzwyczaiłem się do krótkich treningów, robienia zdjęć i publikowania wyników, żeby dzielić się nimi ze znajomymi. To naprawdę dobrze zadziałało i szybko dotarłem do 5, 10, a później 30 tysięcy obserwujących. W tamtym czasie motywowało mnie to do wychodzenia z domu. Myślałem, że jeśli nie pobiegnę, nie będę miał żadnych treści. To trochę zmuszało mnie do działania.
Kiedy pan biegnie, wciąż myśli o treściach, czy potrafi całkowicie się odłączyć?
Ani trochę się nie odłączam. Biegam i w pewnym momencie przychodzi mi do głowy, że coś może być zabawne, więc wyciągam kamerę. Najczęściej nagrywam przed startem w strefie, sam start, może jeszcze raz czy dwa podczas biegu. W Londynie, kiedy przebiegamy przez most. W Nowym Jorku, w Berlinie przy Bramie Brandenburskiej. To mocne momenty, które staram się uchwycić. Po wszystkim trochę montuję, to mnie zajmuje, lubię tworzyć treści. Nie ma w tym nic więcej.
Jedyny raz, kiedy naprawdę podziwiałem trasę w Paryżu, to był start w roli pacemakera na 3:45. Przez pierwsze cztery maratony chyba nawet nie widziałem Wieży Eiffla.
Kamera rejestruje to, czego sama pamięć nie jest w stanie zachować?
Kiedy bieg się kończy, bez filmów i zdjęć nie wiem, co się wydarzyło. To trochę jak ponad trzygodzinny blackout. Są ludzie z pamięcią wzrokową, którzy powiedzą: „Na piątym kilometrze był mały zakręt w lewo”... Ja nie. Jedyny raz, kiedy naprawdę podziwiałem trasę w Paryżu, to był mój piąty maraton, gdy byłem pacemakerem na 3:45. Biegłem poniżej swojego tempa i mogłem powiedzieć: „Ale ten maraton jest fajny, tam jest Wieża Eiffla”. Przez pierwsze cztery, szczerze mówiąc, chyba jej nie widziałem. Nie widziałem nic. Analiza nagrania po biegu też jest narzędziem treningowym. Można zobaczyć, że ruszyło się za szybko albo ominęło punkt odżywczy. To pomaga mi poprawić się przed kolejnym startem.
Z jednej strony ma pan społeczność biegową, z drugiej społeczność Leclerc. Kibice rozpoznają pana również na zawodach?
To dość świeża sprawa. Ostatnio, na przykład podczas Ultramarin, gdzie pobiegłem krótki dystans 34 km, a nie trasę na 140 kilometrów, ludzie krzyczeli: „Dalej, Pont-l’Abbé!” albo nawiązywali do konta Leclerc. Naprawdę mnie to rozbawiło. Na początku byłem zaskoczony i myślałem: „Co to ma być?”. Podczas Maratonu Paryskiego też kilka osób mnie rozpoznało, więc łatwo było mnie zidentyfikować. To zawsze miłe, bo spersonalizowany doping jest jednak lepszy niż powtarzane przez 42 km „dalej, dalej, dalej”, które pod koniec zaczyna już działać na nerwy, zwłaszcza kiedy człowiek mocno cierpi.
Nie przeszkadza panu, że nie jest postrzegany wyłącznie jako „maratończyk”?
Idealnie byłoby mieć 190 tysięcy obserwujących jako biegacz. Ale taka jest gra. Dzięki temu mogłem też przyciągnąć osoby, które poznały mnie przez Leclerc, i skierować je na moje prywatne konto. Zabawne było to, że niektórzy od dawna obserwowali mój biegowy profil na Instagramie, a przypadkiem trafiali na film Leclerc Pont-l’Abbé i nie zdawali sobie sprawy, że to ta sama osoba. To było naprawdę zabawne.
Słowo „influencer” pana drażni czy jednak do pana pasuje?
Nie drażni mnie, ale zupełnie się z nim nie utożsamiam, bo nie widzę, żebym miał na cokolwiek wpływać. Jedyne, co wydaje mi się interesujące, to kiedy ktoś mówi: „Zacząłem biegać dzięki tobie”. Ale influencer w znaczeniu „kup to, kup tamto”... nie, zdecydowanie nie. Wszystkie produkty, które pokazuję, stosuję od dziesięciu lat. Pierwsze maratony w 2016 roku pobiegłem z produktami Overstim.s, bez żadnego partnerstwa, po prostu sam je kupiłem. Później marka zaproponowała mi produkty, a ja się zgodziłem, bo już wcześniej z niej korzystałem. Chcę zachęcać ludzi do ruchu, sportu i poprawy stylu życia. Różnica między influencerem a zwykłym gościem polega tylko na liczbie obserwujących. Ktoś, kto ma ich dziesięciu, to „gość z Instagramem”, a przy stu tysiącach staje się influencerem. Ja jestem po prostu gościem z Instagramem.
Co 22 maratony zostawiają w organizmie? Pańskie ciało bardzo zmieniło się od 2014 roku?
Przez długi czas miałem nadwagę, zbliżyłem się do 100 kg. Kiedy traci się 30 kg, człowiek wcale nie ma ochoty ich odzyskać. Największa zmiana dotyczyła jednak odżywiania i nie była zamierzona. Myślę, że bieganie nieświadomie zmieniło wszystko. Mój mózg musiał uznać, że żeby dalej wykonywać taki wysiłek, trzeba dostarczać mu właściwego paliwa. To przyszło naturalnie. Fizycznie na początku dość często łapałem kontuzje, bo nie robiłem porządnej rozgrzewki. Dziś, odpukać, od sześciu lat nie miałem chyba żadnego urazu. Od czterech czy pięciu lat po maratonie praktycznie nie mam zakwasów. Udaję, że jestem obolały, żeby nie dziwić ludzi, bo widzę, jak wszyscy cierpią na schodach. Dzień po maratonie mogę nawet sprintem pobiec do pociągu. Czuję, że coś ciągnie w ścięgnach, ale nic, co uniemożliwiałoby normalne funkcjonowanie.
Majors zabrały pana do Tokio, Sydney, Bostonu, Londynu, Berlina i Nowego Jorku. Które miasto zrobiło na panu największe wrażenie poza trasą?
Bez wahania Tokio w 2023 roku. Moje dzieci uwielbiają Japonię i przez tydzień przed wyjazdem obrażały się na mnie, bo nie mogły pojechać. A jednak było niesamowicie, a odkrywanie tego kraju przerosło moje oczekiwania. Potem Sydney. Po powrocie powiedziałem żonie, że koniecznie musimy wrócić i przejechać Australię samochodem 4×4, bo krajobrazy są wyjątkowe. Jest jeszcze Boston, miasto o niepowtarzalnym charakterze, w którym naprawdę czuć początki Ameryki. Najstarsza restauracja w Stanach Zjednoczonych, bardzo angielska atmosfera, zupełnie inna niż w Nowym Jorku czy Chicago. Właśnie dlatego biegam maratony: bez tego celu nigdy nie pojechałbym do Japonii, Australii ani Republiki Południowej Afryki. Zawsze mówimy, że kiedyś tam pojedziemy, ale zapisanie się na zawody daje środki, żeby pozwolić sobie na takie „szaleństwo”.
Człowiek jest stworzony do biegania. Jesteśmy do tego zaprogramowani pod względem budowy ciała, a żyjemy dokładnie odwrotnie, niż powinniśmy.
Widzie się pan w takim rytmie jeszcze przez długi czas?
Mam już zaplanowane starty do kwietnia 2027 roku. Szanghaj powinien dołączyć do Majors w 2028, więc myślę, że kalendarz mam wypełniony do tego czasu. Zostaną mi Londyn i Tokio, żeby skompletować drugą serię sześciu medali. W grudniu planuję też wystartować w Walencji, bo jeśli mój ostatni maraton w 2026 roku odbędzie się w maju, a kolejny dopiero w marcu 2027, przerwa będzie zbyt długa. Nie zamierzam przestawać. Po ukończeniu Majors chciałbym spróbować czegoś szalonego: biegać jeden maraton tygodniowo przez cały rok. Łącząc wszystkie oficjalne biegi we Francji i uzupełniając tygodnie bez zawodów startami nieoficjalnymi, myślę, że da się to zrobić. Maraton tygodniowo w spokojnym tempie oczywiście męczy, ale wydaje mi się wykonalny.
Gdyby miał pan dziś podsumować swoją filozofię biegania w jednym zdaniu?
Człowiek jest stworzony do biegania. Jesteśmy do tego zaprogramowani pod względem budowy ciała, a żyjemy dokładnie odwrotnie, niż powinniśmy. Większość ludzi spędza czas bez ruchu, choć nasze ciało nie jest do tego stworzone. Moim zdaniem niekoniecznie dobrze wróży to przyszłości naszego gatunku.