Z Dunkierki do Marsylii biegiem i w sandałach. Szalony wyczyn Oliviera Marii

SL
Autor: Sabine Loeb

Opublikowano czw., 10 września 2026

Zaktualizowano czw., 10 września 2026

Z Dunkierki do Marsylii biegiem i w sandałach. Szalony wyczyn Oliviera Marii
© Jérôme Habasque

33-letni amator biegania Olivier Maria zapisał się w kwietniu 2026 roku na kartach sportowych przygód. Z Dunkierki do Marsylii dotarł w 10 dni, 11 godzin i 50 minut, pokonując pieszo 1134 km.

Olivier Maria. To nazwisko być może niewiele wam mówi, zwłaszcza jeśli nie należycie do 62 tysięcy osób obserwujących go na Instagramie. A jednak to prawdziwy tytan. W 10 dni, 11 godzin i 50 minut przebiegł przez całą Francję. Jego zdjęcie znad morza, z pałacem Pharo w tle, na którym trzyma francuską flagę z napisem „Dunkierka-Marsylia”, zapewne nie mogło wam umknąć. Uśmiech, emocje na twarzy i piosenka wybrana do publikacji, która podsumowywała realizację dwuletniego projektu: wszystko było na swoim miejscu.

Zanim jednak dokonał tego wyczynu, mieszkaniec Lille upadł, a potem się podniósł. Oto historia sportowej i ludzkiej przygody, która zaczęła się od prostego pytania: „Czy da się przebiec przez Francję?” Odpowiedział na nie twierdząco, nigdy nie umniejszając wysiłkowi, jaki był do tego potrzebny.

Bieganie z nim, od 2015 roku do dziś

Olivier zaczynał jako biegacz uliczny. „Biegałem dość klasyczne dystanse – mówi. Od 10 kilometrów po maraton.” Później odkrył ultrakolarstwo. Zaczął podejmować się ekstremalnych wyzwań, takich jak Race Across France, podczas którego pokonuje się blisko 2500 kilometrów przez całą Francję.

Ledwie uporał się z tym wyzwaniem, a w głowie poszukiwacza przygód kiełkował już kolejny pomysł. „Skoro wywodzę się z biegania, startuję w minimalistycznych sandałach, a prostota jest dla mnie ważna, kolejnym krokiem było przebiegnięcie przez Francję. Potrzeba wtedy jeszcze mniej sprzętu i wsparcia mechanicznego” – opowiada.

Kiedy w listopadzie 2024 roku ogłosił swój projekt w mediach społecznościowych, był pionierem. W międzyczasie pojawiło się jednak wiele podobnych inicjatyw, nie zawsze motywowanych tymi samymi intencjami. On, podobnie jak Pierre Destailleur, otrzymuje wsparcie stowarzyszenia Universport i przede wszystkim chce, by jego ekstremalna aktywność była prowadzona z poszanowaniem środowiska. „Chciałem, żeby ten projekt pokazywał między wierszami, że można uprawiać sport, wyruszając z własnego domu, bez latania samolotem na drugi koniec świata” – wyjaśnia. Podczas tej niezwykłej przeprawy przez Francję udało mu się nadać tej wizji konkretny kształt.

 Miałem wolną rękę. Chciałem pojechać do tego czy innego miasta i ruszyć w dowolnym momencie.

Olivier Maria

Projekt z poszanowaniem środowiska i w pełnej autonomii

Do pokonania 1136 km w niespełna jedenaście dni nie potrzeba najnowszego sprzętu. Taki przekaz płynie z wyczynu tego ultrabiegacza. Z jedną parą sandałów dotarł do celu. Jego zdaniem nie ma w tym nic zaskakującego: „Ludzie biegają bez dużych butów od 5000 lat. Nie potrzebowali tych par, żeby biegać długo” – przekonuje.

Swoim projektem Olivier podważa też znaczenie, jakie przypisujemy sprzętowi. „Bieganie wciąż jest czymś naturalnym. Lepiej skupić się na sobie i na treningu” – dodaje. Poza samym wyczynem minimalistyczne modele mają również ekologiczne uzasadnienie. „Są znacznie trwalsze – zapewnia. Para, którą najdłużej użytkowałem, wytrzymała ponad 3000 kilometrów.” Kiedy naprawdę dobiega końca jej żywot, wyrzuca tylko podeszwy, a pasek zachowuje. Producent odsyła mu wyłącznie nowe podeszwy, które sam mocuje. „Jest w tym coś fajnego, takiego zrób to sam, a pod względem ilości odpadów to znacznie bardziej ekologiczne rozwiązanie” – podkreśla.

Oprócz sandałów Olivier pokazał także, że takie wyzwanie można zrealizować w pełnej autonomii. Z Dunkierki ruszył z plecakiem ważącym zaledwie dwa kilogramy. Miał w głowie trasę i zapisaną ją w telefonie. Planując nawodnienie, uwzględniał punkty z wodą, między innymi na cmentarzach, które wcześniej zaznaczył na śladzie GPS. Z jedzeniem było podobnie: uzupełniał zapasy po drodze, korzystając ze sklepów mijanych po drodze. „Jadłem właściwie to, co udało się znaleźć: musy owocowe, kanapki, napoje gazowane dla cukru… Mimo wszystko sporo schudłem” – opowiada. Jeśli chodzi o ubrania, również ograniczył się do minimum: koszulka z wełny merino, „prana co dwa albo trzy dni”, oraz kilka rzeczy na zmianę na wieczór. „Zabrałem naprawdę tylko to, co niezbędne” – podsumowuje.

Testy… i porażka przed wielkim wyczynem

Kiedy ruszał w trasę przez Francję, Olivier wiedział, że nie może zanadto się obciążyć. Kolejne testy uświadomiły mu, że zabieranie zbyt dużej ilości jedzenia przynosi odwrotny skutek. Próby nie służyły jednak wyłącznie dopracowaniu zawartości plecaka. Przede wszystkim pozwoliły mu oswoić wysiłek trwający bez przerwy przez bardzo długie dystanse.

Nie zamierzał bowiem poprzestać na maratonie dziennie, czyli pięciu lub sześciu godzinach wysiłku. Celował raczej w około 100 kilometrów każdego dnia, żeby dotrzeć do Marsylii w możliwie krótkim czasie. Już na początku przygotowań, rozpoczętych w styczniu 2025 roku, szybko zorientował się, że największym problemem nie będzie sam dystans… lecz następny dzień. Ponowny start. „Kiedy zacząłem przygotowania, zrobiłem trasę Lille-Dunkierka, około 90 kilometrów, zimą 2025 roku. Następnego ranka nie mogłem się ruszyć. Nogi miałem kompletnie wykończone. Pomyślałem, że mimo wszystko trzeba będzie ruszyć ponownie następnego dnia. Stopniowo nauczyłem się biegać dzień po dniu: najpierw 5–10 kilometrów kolejnego dnia, potem dwie długie jednostki z rzędu.

Trening przyniósł efekty, a jego ciało w końcu się zaadaptowało. Był nawet w stanie pokonywać trzystukilometrowe bloki w ciągu trzech dni, „w warunkach zbliżonych do prawdziwej wyprawy, żeby sprawdzić, czy pod koniec nie będzie zbyt ciężko i czy w ogóle da się to zrobić”. Jednym z testów była trasa Lille-Amsterdam, przy okazji której odebrał swoje sandały „made in Netherlands”.

Takie generalne próby nie gwarantują jednak sukcesu. W październiku 2025 roku pierwsza próba zakończyła się niepowodzeniem. „Doznałem kontuzji, złapałem bakterię, która zainfekowała stopę i spowodowała jej obrzęk” – wspomina. Musiał się zatrzymać, ale nie zamierzał rezygnować. Wrócił do treningów, jeszcze bardziej zdeterminowany. Za drugim razem się udało. Podczas udanej przeprawy dotarł do Troyes i ponownie trafił do centrum sportowego Aube: ten sam pokój, ta sama osoba. To był niezwykle symboliczny moment. „Dopóki nie dotarłem w to miejsce, było mi bardzo trudno pod względem psychicznym. Powtarzałem sobie: „przekroczę pewną granicę”. Kiedy już to się stało, otworzyła się przede mną zupełnie inna przygoda. Przekraczając ten punkt, uporałem się też z dawną kontuzją i ruszyłem dalej niż kiedykolwiek wcześniej.

Kiedy Olivier Maria opowiada o swojej przygodzie, wszystko wydaje się niemal płynne, wręcz oczywiste. A jednak jego historia mogła potoczyć się zupełnie inaczej: kluczowa okazała się umiejętność podniesienia się po pierwszej, trudnej do zaakceptowania porażce. To właśnie frustracja po nieudanej próbie dała mu zapewne impuls potrzebny, by dotrzeć do celu. Trzeba powiedzieć wprost: ostatnie trzy dni upłynęły pod znakiem ogromnego bólu, bez prawdziwej przyjemności, za to z samym cierpieniem. „Trudno opisać, co to znaczy dokonać czegoś tak szalonego” – podsumowuje z uśmiechem.