24 godziny biegu przeciw rakowi. Szalone wyzwanie Théo Gabeau i jego stowarzyszenia Foulées d’Espoir

SL
Autor: Sabine Loeb

Opublikowano czw., 10 września 2026

Zaktualizowano czw., 10 września 2026

24 godziny biegu przeciw rakowi. Szalone wyzwanie Théo Gabeau i jego stowarzyszenia Foulées d’Espoir
© Christian Legris

Absolwent kierunku STAPS, pochodzący z Amiens Théo Gabeau dokonał w ten weekend prawdziwego wyczynu w parku La Hotoie. Chcąc wesprzeć walkę z rakiem, postanowił biec przez 24 godziny bez przerwy. Podjął wyzwanie i dotarł do końca, pokonując 146 km wśród okrzyków oraz oklasków bliskich i kilku ciekawskich, którzy przyszli go wspierać.

Mam trochę szalonych bliskich. Myślę, że to właśnie dzięki nim potrafię przekraczać granice swoich fizycznych możliwości”, uśmiecha się 21-latek, który od trzech lat podejmuje kolejne sportowe wyzwania: pierwszy ultramaraton na 55 km, Ironman, 100 km Somme, a teraz 24 godziny biegu, organizowane we współpracy z miastem Amiens i Relais pour la vie, festynem sportowym wspierającym walkę z rakiem w całej Francji.

Jego świetne wyniki nie miałyby takiego smaku bez cennego wsparcia wszystkich, którzy towarzyszą mu w takich chwilach. „31 sierpnia wydarzyło się coś wyjątkowego: byli tam wszyscy moi bliscy. Rodzice, przyjaciele… Od ósmej rano, choć było zimno i zapowiadał się trudny dzień, około piętnastu znajomych czekało na mnie przy wyjściu z wody. Myślałem, że wrócą dopiero na metę po 180 km na rowerze… Ale nie: towarzyszyli mi przez całą trasę, zatrzymywali się co 10 km, żeby mnie dopingować, przybić piątkę i ruszyć dalej. Robili to przez cały wyścig”. A przede wszystkim te wyniki nie miałyby sensu bez projektu, który za nimi stoi.

Każdy start łączy się ze zbiórką pieniędzy na konkretny cel. Ironman pobiegnięty na rzecz L’Envol, organizacji działającej na rzecz chorych dzieci, 100 km mające zwiększać świadomość na temat raka piersi, a następnie 24 godziny biegu dla Ligue contre le cancer. To właśnie z myślą o tym ostatnim wyzwaniu Théo założył w marcu 2025 roku stowarzyszenie Foulées d’Espoir.

Narodziny stowarzyszenia Foulées d’Espoir

Biegając w imieniu kolejnych, większych od niego spraw, Théo chciał zamienić osobiste zaangażowanie w kolektywną przygodę. Kilka miesięcy przed powstaniem Foulées d’Espoir jego obecny wiceprezes, Théo Monteiro, zasugerował mu, by „przywiązać projekt do czegoś, co ludzie zapamiętają: koloru, symbolu, logo”. Od tego momentu pomysł zaczął przyciągać kolejnych przyjaciół Théo. W zarządzie są dziś osoby o różnym doświadczeniu, wszystkie „maksymalnie zmotywowane, by wykorzystywać sport do czynienia dobra wokół nas”: pracownik sektora bankowego, technik ortopedyczny, fizjoterapeutka i dwoje absolwentów STAPS.

Chcąc od początku się wyróżnić, wpadli na pomysł zorganizowania biegu run and bike z Amiens do Haudivillers, gdzie mieszkają rodzice Théo, aby odebrać oficjalny dokument stowarzyszenia. „Chcieliśmy pokazać nasz styl: trochę szalony, ale w poważnej sprawie. Ważne było dla nas, żeby ludzie zobaczyli, że można być prostym i dobrze się bawić, nawet gdy robimy coś, co naprawdę leży nam na sercu”, wyjaśnił Théo. Ich pierwsze wydarzenie odbyło się 28 maja, w nawiązaniu do krajowego dnia walki ze stwardnieniem rozsianym. Dzięki grupie na Stravie, w której wyjaśnili ideę pokonania jak największej liczby kilometrów w ciągu 24 godzin, zgromadzili wiele osób, zarówno pełnosprawnych, jak i z niepełnosprawnościami. Uczestnicy biegali lub chodzili, pokonując łącznie 2295 kilometrów.

Po tym pierwszym projekcie „mała rodzina Foulées d’Espoir zaczęła się na dobre zakorzeniać”. Niektórzy z niecierpliwością czekali na kolejną inicjatywę, podczas gdy wewnętrzny zespół już przygotowywał się do nadchodzących 24 godzin. Gdy ogłoszono wyzwanie, reakcja była natychmiastowa: „Pierwsze, o co pytali ludzie, brzmiało: „Czy możemy przyjść? Czy możemy pobiec z tobą?””. Théo najwyraźniej znalazł własny sposób na działanie poprzez sport, który stał się prawdziwym narzędziem budowania więzi społecznych: „W sporcie dobre jest to, że gromadzi ludzi wokół jednej rzeczy: projektu”. To zaangażowanie odpowiada na głęboką potrzebę, prawdopodobnie zakorzenioną w jego osobistej historii: jego mama, była maratonka, zachorowała na raka piersi, gdy Théo nie miał jeszcze dziesięciu lat.

© Christian Legris

Kolejne wyzwania aż po 24 godziny biegu

Od samotnie pokonanych 55 km do 24 godzin biegu bez przerwy dzieli go ogromna różnica, zarówno fizyczna, jak i mentalna. Wspominając ubiegłoroczne listopadowe 100 km Somme, Théo mówi: „Jestem pewien, że zmierzyłem się z najtrudniejszą rzeczą w swoim życiu. Nie byłem przygotowany, wciąż byłem bardzo zmęczony po Ironmanie, bo między tymi startami minął zaledwie miesiąc i dwanaście dni”. Mimo wszystko pokonał trasę w 11 godzin i 54 minuty, będąc „w siódmym niebie”. To był jednak dopiero etap przed serią coraz bardziej szalonych wyzwań.

Po zakończeniu 24-godzinnego biegu wraca do tego, czego zabrakło: „Miałem tak spięty mięsień lędźwiowo-biodrowy, że nawet masaż nie był w stanie go rozluźnić. Pojawiły się też drobne problemy z kostką. Zaciskałem zęby i modliłem się, żeby wszystko wytrzymało.”. Ma też świadomość, że przygotowania ograniczone do piętnastu tygodni, prowadzone z Heubim, mistrzem świata na 100 km, który zajął się później coachingiem online, miały wpływ na jego dyspozycję. Narzucony przez niego wymagający rytm, trudny do utrzymania w środku lata, niekoniecznie wyszedł mu na dobre. „Niestety mogę zaczynać przygotowania dopiero pod koniec maja. Zwykle robiłem 40 km tygodniowo, a powinienem biegać 80. Po raz pierwszy realizowałem prawdziwy plan treningowy i szczerze mówiąc, było ciężko. Mam ogromny szacunek dla tych, którzy trenują w takim rytmie przez cały rok”. Jakby tego było mało, w ostatnim tygodniu przed wydarzeniem miał mnóstwo obowiązków związanych z jego promocją. „Jeśli chodzi o sen, zupełnie sobie nie radziłem. Byłem kompletnie wykończony. Jeździłem z miejsca na miejsce, żeby promować wyzwanie, a to naprawdę lubię. Nie narzekam, bo mnie to męczy, ale jednocześnie tak bardzo nakręca, że jest to coś wyjątkowego”, opowiadał prezes Foulées d’Espoir.

Kiedy największy kryzys minął, a nogi wciąż były ciężkie po zakończonym wysiłku, wreszcie mógł poczuć dumę z tego, czego dokonał. Jeszcze przed długo wyczekiwanym weekendem internetowa zbiórka i sprzedaż koszulek przyniosły kilkaset euro. „Kiedy dziś rano, już na spokojnie, ponownie podliczyłem wszystko, nie mogłem sobie wymarzyć lepszego wyniku”, powiedział Théo w poniedziałkowe popołudnie. Zebrano ponad 1000 euro, a kwota od jego triumfalnego finiszu w niedzielę wieczorem nadal rośnie.

Théo Gabeau. Zapamiętajmy to nazwisko, podobnie jak nazwę jego stowarzyszenia Foulées d’Espoir. Ten zaangażowany sportowiec nie zamierza zatrzymać się na aglomeracji Amiens ani nawet na departamencie Somme. Już patrzy dalej, wspierany przez bliskich i przyjaciół, bez których jego droga nie miałaby tej samej intensywności. Z każdym wyzwaniem odnajduje wyjątkowe połączenie przekraczania własnych granic i emocji, jakie daje wysiłek podjęty dla sprawy, którą nosi w sercu.


Absolwent kierunku STAPS, pochodzący z Amiens Théo Gabeau dokonał w ten weekend prawdziwego wyczynu w parku La Hotoie. Chcąc wesprzeć walkę z rakiem, postanowił biec przez 24 godziny bez przerwy. Podjął wyzwanie i dotarł do końca, pokonując 146 km wśród okrzyków oraz oklasków bliskich i kilku ciekawskich, którzy przyszli go wspierać.


Mam trochę szalonych bliskich. Myślę, że to właśnie dzięki nim potrafię przekraczać granice swoich fizycznych możliwości”, uśmiecha się 21-latek, który od trzech lat podejmuje kolejne sportowe wyzwania: pierwszy ultramaraton na 55 km, Ironman, 100 km Somme, a teraz 24 godziny biegu, organizowane we współpracy z miastem Amiens i Relais pour la vie, festynem sportowym wspierającym walkę z rakiem w całej Francji.

Jego świetne wyniki nie miałyby takiego smaku bez cennego wsparcia wszystkich, którzy towarzyszą mu w takich chwilach. „31 sierpnia wydarzyło się coś wyjątkowego: byli tam wszyscy moi bliscy. Rodzice, przyjaciele… Od ósmej rano, choć było zimno i zapowiadał się trudny dzień, około piętnastu znajomych czekało na mnie przy wyjściu z wody. Myślałem, że wrócą dopiero na metę po 180 km na rowerze… Ale nie: towarzyszyli mi przez całą trasę, zatrzymywali się co 10 km, żeby mnie dopingować, przybić piątkę i ruszyć dalej. Robili to przez cały wyścig”. A przede wszystkim te wyniki nie miałyby sensu bez projektu, który za nimi stoi.

Każdy start łączy się ze zbiórką pieniędzy na konkretny cel. Ironman pobiegnięty na rzecz L’Envol, organizacji działającej na rzecz chorych dzieci, 100 km mające zwiększać świadomość na temat raka piersi, a następnie 24 godziny biegu dla Ligue contre le cancer. To właśnie z myślą o tym ostatnim wyzwaniu Théo założył w marcu 2025 roku stowarzyszenie Foulées d’Espoir.

Narodziny stowarzyszenia Foulées d’Espoir

Biegając w imieniu kolejnych, większych od niego spraw, Théo chciał zamienić osobiste zaangażowanie w kolektywną przygodę. Kilka miesięcy przed powstaniem Foulées d’Espoir jego obecny wiceprezes, Théo Monteiro, zasugerował mu, by „przywiązać projekt do czegoś, co ludzie zapamiętają: koloru, symbolu, logo”. Od tego momentu pomysł zaczął przyciągać kolejnych przyjaciół Théo. W zarządzie są dziś osoby o różnym doświadczeniu, wszystkie „maksymalnie zmotywowane, by wykorzystywać sport do czynienia dobra wokół nas”: pracownik sektora bankowego, technik ortopedyczny, fizjoterapeutka i dwoje absolwentów STAPS.

Chcąc od początku się wyróżnić, wpadli na pomysł zorganizowania biegu run and bike z Amiens do Haudivillers, gdzie mieszkają rodzice Théo, aby odebrać oficjalny dokument stowarzyszenia. „Chcieliśmy pokazać nasz styl: trochę szalony, ale w poważnej sprawie. Ważne było dla nas, żeby ludzie zobaczyli, że można być prostym i dobrze się bawić, nawet gdy robimy coś, co naprawdę leży nam na sercu”, wyjaśnił Théo. Ich pierwsze wydarzenie odbyło się 28 maja, w nawiązaniu do krajowego dnia walki ze stwardnieniem rozsianym. Dzięki grupie na Stravie, w której wyjaśnili ideę pokonania jak największej liczby kilometrów w ciągu 24 godzin, zgromadzili wiele osób, zarówno pełnosprawnych, jak i z niepełnosprawnościami. Uczestnicy biegali lub chodzili, pokonując łącznie 2295 kilometrów.

Po tym pierwszym projekcie „mała rodzina Foulées d’Espoir zaczęła się na dobre zakorzeniać”. Niektórzy z niecierpliwością czekali na kolejną inicjatywę, podczas gdy wewnętrzny zespół już przygotowywał się do nadchodzących 24 godzin. Gdy ogłoszono wyzwanie, reakcja była natychmiastowa: „Pierwsze, o co pytali ludzie, brzmiało: „Czy możemy przyjść? Czy możemy pobiec z tobą?””. Théo najwyraźniej znalazł własny sposób na działanie poprzez sport, który stał się prawdziwym narzędziem budowania więzi społecznych: „W sporcie dobre jest to, że gromadzi ludzi wokół jednej rzeczy: projektu”. To zaangażowanie odpowiada na głęboką potrzebę, prawdopodobnie zakorzenioną w jego osobistej historii: jego mama, była maratonka, zachorowała na raka piersi, gdy Théo nie miał jeszcze dziesięciu lat.

© Christian Legris

Kolejne wyzwania aż po 24 godziny biegu

Od samotnie pokonanych 55 km do 24 godzin biegu bez przerwy dzieli go ogromna różnica, zarówno fizyczna, jak i mentalna. Wspominając ubiegłoroczne listopadowe 100 km Somme, Théo mówi: „Jestem pewien, że zmierzyłem się z najtrudniejszą rzeczą w swoim życiu. Nie byłem przygotowany, wciąż byłem bardzo zmęczony po Ironmanie, bo między tymi startami minął zaledwie miesiąc i dwanaście dni”. Mimo wszystko pokonał trasę w 11 godzin i 54 minuty, będąc „w siódmym niebie”. To był jednak dopiero etap przed serią coraz bardziej szalonych wyzwań.

Po zakończeniu 24-godzinnego biegu wraca do tego, czego zabrakło: „Miałem tak spięty mięsień lędźwiowo-biodrowy, że nawet masaż nie był w stanie go rozluźnić. Pojawiły się też drobne problemy z kostką. Zaciskałem zęby i modliłem się, żeby wszystko wytrzymało.”. Ma też świadomość, że przygotowania ograniczone do piętnastu tygodni, prowadzone z Heubim, mistrzem świata na 100 km, który zajął się później coachingiem online, miały wpływ na jego dyspozycję. Narzucony przez niego wymagający rytm, trudny do utrzymania w środku lata, niekoniecznie wyszedł mu na dobre. „Niestety mogę zaczynać przygotowania dopiero pod koniec maja. Zwykle robiłem 40 km tygodniowo, a powinienem biegać 80. Po raz pierwszy realizowałem prawdziwy plan treningowy i szczerze mówiąc, było ciężko. Mam ogromny szacunek dla tych, którzy trenują w takim rytmie przez cały rok”. Jakby tego było mało, w ostatnim tygodniu przed wydarzeniem miał mnóstwo obowiązków związanych z jego promocją. „Jeśli chodzi o sen, zupełnie sobie nie radziłem. Byłem kompletnie wykończony. Jeździłem z miejsca na miejsce, żeby promować wyzwanie, a to naprawdę lubię. Nie narzekam, bo mnie to męczy, ale jednocześnie tak bardzo nakręca, że jest to coś wyjątkowego”, opowiadał prezes Foulées d’Espoir.

Kiedy największy kryzys minął, a nogi wciąż były ciężkie po zakończonym wysiłku, wreszcie mógł poczuć dumę z tego, czego dokonał. Jeszcze przed długo wyczekiwanym weekendem internetowa zbiórka i sprzedaż koszulek przyniosły kilkaset euro. „Kiedy dziś rano, już na spokojnie, ponownie podliczyłem wszystko, nie mogłem sobie wymarzyć lepszego wyniku”, powiedział Théo w poniedziałkowe popołudnie. Zebrano ponad 1000 euro, a kwota od jego triumfalnego finiszu w niedzielę wieczorem nadal rośnie.

Théo Gabeau. Zapamiętajmy to nazwisko, podobnie jak nazwę jego stowarzyszenia Foulées d’Espoir. Ten zaangażowany sportowiec nie zamierza zatrzymać się na aglomeracji Amiens ani nawet na departamencie Somme. Już patrzy dalej, wspierany przez bliskich i przyjaciół, bez których jego droga nie miałaby tej samej intensywności. Z każdym wyzwaniem odnajduje wyjątkowe połączenie przekraczania własnych granic i emocji, jakie daje wysiłek podjęty dla sprawy, którą nosi w sercu.