„Biegałem po 12 godzin dziennie”: Joan Roch, człowiek od niewiarygodnych wyzwań

RC
Autor: Renaud Chevalier

Opublikowano czw., 10 września 2026

Zaktualizowano czw., 10 września 2026

„Biegałem po 12 godzin dziennie”: Joan Roch, człowiek od niewiarygodnych wyzwań
© Joan Roch

Od 13 lat biega do pracy w Montrealu, traktując ten sposób przemieszczania się jak codzienność. Joan Roch podejmuje jednak także wyzwania na miarę największych postaci w historii biegania. Przez niemal dwie godziny Québécois z wyboru opowiadał podczas wideorozmowy o swojej przemianie, lękach i dokonaniach. Fascynująca historia.

Szalona historia. Rzadki okaz. Życie nie z tej ziemi. Latem i zimą. Dniem i nocą. Joan Roch uczynił z biegania własną terapię. Sposób na wyrażanie siebie, zaznaczanie swojej obecności i odkrywanie własnej tożsamości. Przez trzy lata samo wyjście z łóżka było dla niego nie lada wyzwaniem. Pierwszy maraton przebiegł w 2007 roku, a w 2010 wystartował w Ultimate XC XTrail de Saint-Donat. Ojciec rodziny nie potrafił pogodzić godzin treningu z pracą informatyka w Montrealu. Brakowało czasu, wysiłek był zbyt duży. W styczniu 2012 roku długowłosy biegacz postanowił zrobić coś nieoczywistego: zacząć biegać do pracy. To było wyjątkowo skuteczne postanowienie noworoczne, zwłaszcza że chwilę wcześniej skradziono mu rower. „Mieszkałem 10 km od pracy”, wspomina. „Biegałem tam i z powrotem, pięć razy w tygodniu. Miałem szczęście, bo w biurze były prysznice.”

Bez presji i patrzenia na zegarek ultramaratończyk przemierzał Montreal i najdalsze zakątki prowincji Quebec. Przez rok nagrywał swoje wyprawy, a później zmontował z nich viralowy film. Finisher Grand Raid de la Réunion z 2015 roku (42:42:30, 355. miejsce) zachował z tego okresu niezapomniane wspomnienia, między innymi magiczne chwile na zamarzniętej rzece Świętego Wawrzyńca. „Czułem się wolny. Byłem zupełnie sam. Wystarczy przebiec 200 metrów, żeby znaleźć się na innej planecie.” Odrodzenie. „Im gorsze były warunki, tym bardziej chciało mi się biegać. Zapominałem nawet, że w ogóle biegnę.”

Znaczące trasy tam i z powrotem. W Stanach Zjednoczonych zawodnik stanął na podium biegu na 100 mil podczas Virgil Crest Ultras 2013 (25:40:00), w iście apokaliptycznych warunkach. Do mety dotarło zaledwie 18 osób, w tym dwie kobiety. „Organizator poinformował mnie, że zająłem trzecie miejsce. Nie spodziewałem się tego.” Po ośmiu próbach złamania bariery trzech godzin w maratonie prelegent wreszcie osiągnął cel na królewskim dystansie. W Toronto w 2014 roku uzyskał 2:48:32. Rok później ukończył cztery ultramaratony, w tym UTMB (33:02:02, 208. miejsce). Tak zakończył pierwszy akt swojej historii, opisany w książce Ultra-Ordinaire : Journal D’un Coureur.

Po przerwie w 2016 roku pochodzący z Poitiers biegacz odzyskał wiatr w żagle podczas pandemii. Podjął wtedy szalone wyzwanie. Na własnych zasadach. „Postanowiłem ruszyć z Gaspésie, półwyspu w środkowo-wschodniej części Quebecu, i dotrzeć do Montrealu”, opowiada. „To było odkrycie. Organizowanie wszystkiego samemu było naprawdę świetne. Nie ograniczał mnie żaden kalendarz zawodów.” Sam, z plecakiem, biletem autobusowym w dłoni i sandałami na nogach, ruszył w drogę w 2020 roku.

„Przyjemnie? Nie. Ciekawie? Zdecydowanie.”

„Ludzie nie mieli nic lepszego do roboty niż mi pomagać”, uśmiecha się pięćdziesięciolatek. Wzdłuż drogi 132 Joan Roch znajdował nocleg, a nieznajomi kierowcy jechali za nim samochodem, żeby dostarczać mu jedzenie i napoje. „Gdy prosiłem o mrożoną kawę, pięć kilometrów dalej już na mnie czekała”, wspomina. Już pod koniec drugiego dnia dopadła go choroba. „Noga spuchła. To była infekcja skóry wywołana przez bakterie.” Po konsultacji ze specjalistą lekarz pozwolił mu kontynuować wyprawę. „Biegałem po 12 godzin dziennie. Każdy krok bolał.”

„Zauważyłem, że mój mózg zaczął działać inaczej”, dodaje. Po pokonaniu ponad 1100 km asfaltu w 14 dni Québécois z wyboru dotarł do celu. „Przyjemnie? Nie. Ciekawie? Zdecydowanie.” Gigantyczne wyzwanie, które nie obyło się bez psychicznych konsekwencji. „Potrzebowałem dwóch miesięcy, żeby wrócić do treningów i oduczyć mózg przekonania, że bieganie musi boleć.” Ciekawy świata ultramaratończyk wciąż chce więcej. W 2023 roku Joan Roch postanowił pokonać 8000 km dzielące Key West na Florydzie od Forillon w Gaspésie. Jego bieg z Percé do Montrealu wygląda przy tym jak krótki trening…

Po 3700 km i 105 dniach niebieskooki biegacz postanowił zakończyć swoją podróż. „Wyzwanie przestało istnieć.” To było doświadczenie, które wiele mu dało. „Nauczyłem się zwalniać. Na Szlaku Appalachów, jeśli biegniesz za szybko, tracisz wspaniałe rozmowy. Trzeba korzystać z tych historii.” Od czasu pandemii COVID-19 biegania użytkowego jest mniej, bo praca zdalna zmieniła codzienność. „Zacząłem też trenować siłowo”, rzuca mimochodem, prezentując wydatne bicepsy. Choć wcześniej niechętnie biegał w grupie, od kilku lat razem z żoną Anne odkrywa magię wspólnego treningu. Tego lata ich ekipa wybierze się do Francji, do raju biegaczy stadionowych… Font-Romeu. Uspokajamy: nie będzie tam biegał 100 km dziennie.

Daleko od oczu, blisko serca. Jego synowa Laure oraz dzieci Aimée, Maël i Aurélie, mające 11, 13, 15 i 17 lat, obserwowały narodziny „ultra-zwyczajnego” biegacza, jak sam o sobie mówi. Joan Roch to historia człowieka, który biegnie za wolnością. Przebiegł w życiu więcej, niż przejechał samochodem. To metafora jego życia.