Axel Ramponi, komik w smokingu na Marathon de Paris 2025: „Przebiec UTMB w smokingu? To byłoby coś!”

Dorian Vuillet
Autor: Dorian Vuillet

Opublikowano śr., 9 września 2026

Zaktualizowano śr., 9 września 2026

Axel Ramponi, komik w smokingu na Marathon de Paris 2025: „Przebiec UTMB w smokingu? To byłoby coś!”
© STADION-ACTU

Maraton w trzyczęściowym garniturze? Da się. W czasie poniżej 2:50? Tu mówimy już o prawdziwym oryginale. Axel Ramponi, komik, doświadczony traileur, a od niedawna także maratończyk w smokingu, w minioną niedzielę podbił paryskie ulice mieszanką solidnego wyniku, szalonego wyzwania i szczerego zaangażowania. Za żartami i zaciśniętym krawatem kryje się przede wszystkim prawdziwy miłośnik biegania, który potrafi pokonywać kolejne kilometry w górach równie sprawnie, jak rzucać puenty na Instagramie. Spotkanie z biegaczem, który na asfalcie, szlakach, a wkrótce także na scenie, zawsze idzie własną drogą.

.Cel był jasny : wpisać się do Guinness Book of Records, biegnąc najszybciej w historii maraton w garniturze i krawacie. Wynik do pobicia wynosił 2:40:52 i od 2023 roku należał do innego Francuza, Emmanuela Bonniera. Axel pokonał dystans w 2:49. Do rekordu zabrakło mu dziewięciu minut… ale elegancji z pewnością mu nie zabrakło.


Był pan swego rodzaju gwiazdą Marathon de Paris 2025… Proszę opowiedzieć, jak to wyglądało..

Wokół tej próby pobicia rekordu świata w garniturze zrobiło się naprawdę ogromne zamieszanie. Szczerze mówiąc, trochę się tego spodziewałem. Od kilku miesięcy publikuję w mediach społecznościowych materiały z postacią w garniturze, a poza tym jestem też sportowcem. Odkąd zacząłem robić postępy w bieganiu, zaliczyłem drugi maraton w Walencji, półtora roku temu, w czasie 2:27. Zrozumiałem wtedy, że można osiągnąć rzeczy, o których wcześniej nawet nie myśleliśmy. Potrzeba tylko regularności, pracy i determinacji. Wtedy postanowiłem spróbować pobić rekord świata w tym garniturze i wystartować w maratonie. Dla ludzi bieganie w garniturze wydaje się szalone. Ale ja trenowałem w nim przez kilka miesięcy i mam za sobą dwa maratony, więc dla mnie nie było to aż tak dziwne. Bardzo podobało mi się to, że w spojrzeniach ludzi widać było swego rodzaju zawieszenie systemu. Uśmiechali się, byli zachwyceni, że widzą mnie biegnącego w takim stroju. Mnóstwo osób wysłało mi bardzo miłe wiadomości, pisząc, że poprawiłem im dzień i że mój widok wywołał u nich uśmiech. To była prawdziwa wspólnota z ludźmi stojącymi wzdłuż trasy i na trasie. W niedzielę miałem poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem. Robienie rzeczy wykraczających poza utarte schematy to trochę spełnianie dziecięcych marzeń. Jestem bardzo szczęśliwy, bo naprawdę udało się to ludzi połączyć. Później musiałem jednak trochę odpocząć, bo na mecie nie czułem się najlepiej (śmiech).

Przebiegł pan Marathon de Paris w trzyczęściowym garniturze w 2:49:35. Skąd wziął się ten szalony pomysł?

To był mój pierwszy start w garniturze. Kiedy zacząłem nagrywać filmy do mediów społecznościowych, trochę szukałem swojego kierunku. Wystartowałem tuż przed pierwszym maratonem w Walencji. Jeden z pierwszych filmów dobrze się przyjął. Później zacząłem powtarzać ten schemat z garniturem i tą postacią, a to również zadziałało. Dopiero potem pomyślałem, żeby połączyć garnitur z maratonem. Widziałem artykuły o rekordziście świata, który wciąż dzierży rekord, „Manu” (Emmanuelu Bonnierze). Z czasem zostaliśmy kolegami i udzielił mi wielu rad. To był naprawdę sprzyjający zbieg okoliczności. Otrzymałem zresztą wyłącznie pozytywne reakcje. W takich sytuacjach rozgłos czasem przynosi też falę krytyki. Ktoś mógł przecież powiedzieć, że ustawianie się w pierwszej linii startu w garniturze to kompletny absurd.

 Na starcie nagrano film, na którym jestem całkowicie odłączony od rzeczywistości. Odwracam się, dalej rozmawiam i nagle pada strzał. Film jest przezabawny. Słyszę gwizdek, ruszam, robię sobie coś w rodzaju falstartu i udaję ruch w przeciwną stronę.

Axel Ramponi

Jak udało się panu dostać na start razem z elitą?

Niewiele zrobiłem. Wysłałem organizatorom maila z wynikiem 2:27 w maratonie i 31 minut na 10 km. To rezultaty na poziomie N4, które automatycznie dały mi miejsce w strefie Elite. Mam ogromny szacunek do zawodników elity, którzy trenują na pełnych obrotach. Dla mnie to zupełnie inny sport. Bieganie na różnych poziomach to jednocześnie ta sama pasja i pewna forma sztuki. Nie mamy tej samej koszulki, ale mamy tę samą pasję. Tutaj było podobnie. Nie prezentujemy tego samego poziomu, ale łączy nas ta sama pasja. Jestem gdzieś pomiędzy niedzielnymi biegaczami a tymi, którzy trenują nieco intensywniej i robią to także w pozostałe dni tygodnia. Trochę głupio było mi ustawiać się w tym miejscu. Ostatecznie wszystko ułożyło się dobrze, bo elita ustawiła się po drugiej stronie bramy. Po jednej stronie byli bardziej amatorscy, a może półprofesjonalni zawodnicy, po drugiej prawdziwi profesjonaliści. Nie wyglądało to więc źle. Na starcie nagrano film, na którym jestem całkowicie odłączony od rzeczywistości. Odwracam się, dalej rozmawiam i nagle pada strzał. Film jest przezabawny. Słyszę gwizdek, ruszam, robię sobie coś w rodzaju falstartu i udaję ruch w przeciwną stronę (śmiech).

Chciał pan pobić rekord świata w maratonie w garniturze, uznany przez Guinnessa. Jakie warunki trzeba spełnić?

Skontaktowałem się z organizatorami, żeby zapytać, czy na trasie mogliby mi towarzyszyć i pomagać, bo Guinness wymaga dostarczenia sporej dokumentacji. Ponieważ to duży maraton, nie było możliwości przygotowania czegoś specjalnie pod tę próbę. Poradziłem sobie więc sam. Kilku znajomych zrobiło po drodze zdjęcia. Organizatorzy bardzo mocno nagłośnili też moją próbę pobicia rekordu świata. Trafiłem nawet do reklamy France Télévisions. Sporo pracy wykonano jeszcze przed startem, żeby nadać tej próbie rozgłos.

Złamanie 2:50 to już świetny wynik w zwykłym stroju… Jak przygotowywał się pan do maratonu w garniturze?

Chciałem pobiec Marathon de Paris bez robienia „prawdziwego przygotowania maratońskiego”. Nie zamierzałem ponownie atakować życiówki z Walencji, zwłaszcza że paryska trasa jest trudna. Chciałem też przeżyć to jeszcze raz, bo mieszkam tuż obok, między startem a metą. Pomyślałem, że wspaniale byłoby rano wstać, przejść 500 metrów na start, a po ukończeniu maratonu przejść kolejne 500 metrów do domu. Tylko w Paryżu mogłem sobie na to pozwolić. Zrobiłem oczywiście najważniejsze jednostki, ale nie narzuciłem sobie 12 treningów tygodniowo, jak przed Walencją. Trenowałem sześć albo osiem razy, przy okazji testując garnitur. To jednak nie wystarczyło i nie dopracowałem wszystkiego tak, jak trzeba.

Dostosował pan trening do ograniczeń wynikających z garnituru, takich jak ciężar, temperatura czy swoboda ruchu?

Ani trochę (śmiech). Kupiłem podstawowy, budżetowy garnitur z Célio. Był dość ciężki. Kamizelka również nie była w żaden sposób techniczna. Miałem koszulę marki Fursac, wykonującą ubrania z naturalnych materiałów. Pod spodem założyłem jeszcze T-shirt. Buty znałem już z maratonu w Walencji, półtora roku temu. Miały na koncie naprawdę sporo kilometrów. Pobiegłem więc w tym wszystkim, a na dodatek źle rozplanowałem odżywianie. Przez hipoglikemię dopadła mnie ściana. Myślę, że wszystkie te czynniki sprawiły, że w niedzielę bardzo dużo się nauczyłem. Być może kiedyś spróbuję ponownie, tym razem lepiej dopasowując każdy z tych elementów.

Celował pan w konkretny czas czy chodziło „tylko” o samo doświadczenie?

Rekord wynosił 2:40:52 i szczerze mówiąc, przed startem wierzyłem, że się uda. Wydawało mi się, że nie ma scenariusza, w którym nie dałbym rady, byłem dość pewny siebie. Nie chcę jednak szukać wymówek. Dla mnie to naprawdę porażka, że nie pobiłem rekordu. Ruszyłem tempem na półmaraton w 1:19. Na 30. kilometrze wciąż miałem 1:20 przewagi nad rekordem. Cały czas czułem się całkiem dobrze. Później ciało trochę odpuściło. Nie umiem tego do końca wyjaśnić. Nie miałem szczególnych zakwasów, ale ogólne zmęczenie organizmu, które można też tłumaczyć tym, że podczas biegu zużyłem mnóstwo energii na kontakt z kibicami. Ludzi dopingujących mnie było bardzo wielu i niesamowicie mnie to napędzało. Z drugiej strony co chwilę posyłałem komuś uśmiech, machałem albo pokazywałem kciuk w górę. W pierwszej części biegu trudno było mi to wszystko kontrolować. Bardzo chciałem przeżywać także te pozasportowe elementy, ale za mało koncentrowałem się na rekordzie i samym biegu. Z tej porażki wyciągnę mnóstwo wniosków.

Jaki był najtrudniejszy moment biegu? (Spoiler: krawat?)

Szczerze mówiąc, nie czułem gorąca. Trochę bolały mnie barki, bo rękawy garnituru ograniczają ruchy bardziej, niż można się spodziewać. Trudne było też to, że trenuję w Lasku Bulońskim. Biegam tam codziennie. Końcówkę trasy znałem doskonale, pokonywałem ją niezliczoną ilość razy. Wiedziałem o niej wszystko… ale nie mogłem już przyspieszyć, bo całkowicie odcięło mi prąd. Eksplodowałem w locie. A przecież na 30. kilometrze wciąż byłem mocny mentalnie. Próbowałem się trzymać, ale ciało już nie odpowiadało. Kiedy ktoś mnie wyprzedzał, starałem się utrzymać jego tempo, lecz nie miałem już z czego. W takiej sytuacji pomyślałem, żeby zwolnić w lesie. Czekali tam na mnie bliscy, rodzina i wszyscy znajomi. Zajęli cały zakręt w okolicach Trocadéro. Chciałem dotrzeć do tego miejsca z zapasem energii. Szkoda, ale nie zawsze da się wszystko osiągnąć za pierwszym razem. Bieganie uczy też pokory. Trzeba wykazać się ogromną odpornością. Gdybym pobił rekord, historia byłaby jeszcze piękniejsza, ale skończyła się właśnie tak.

 Przez 10 lat byłem sędzią piłkarskim i uchodziłem za najbardziej wytrzymałego arbitra w regionie. Problem polegał na tym, że sędziowie są często zajęci meczami w niedzielę. Dlatego przerzuciliśmy się na biegi w sobotnie wieczory, czasem nocne.

Axel Ramponi

Nie jest pan wyłącznie maratończykiem od asfaltu: startował pan również w biegach górskich, między innymi w Val d’Aran by UTMB. Co przyciąga pana w dłuższych i bardziej dzikich formatach?

Pochodzę z Lotaryngii. W regionie mamy Wogezy i właśnie od biegów terenowych oraz trailu zaczynałem przygodę z bieganiem. Mój kolega Simon namówił mnie do tego sportu. Pierwszą dyszkę pobiegłem w Corrida de Malin w Lotaryngii, chyba w około 40 minut. To był już całkiem niezły wynik. Startowałem też w kilku zawodach w Wogezach, między innymi w Trail des Roches. Później wygrałem dwudniowy Trail Blanc des Vosges, a także inny bieg w Metzu. Brałem również udział w Mozart Trail w Austrii, na dystansie 80 kilometrów. Mam więc dłuższą historię z trailem i trenuję naprawdę poważnie. Początkowo przez 10 lat byłem sędzią piłkarskim i uchodziłem za najbardziej wytrzymałego arbitra w regionie. Problem polegał na tym, że sędziowie są często zajęci meczami w niedzielę. Dlatego przerzuciliśmy się na biegi w sobotnie wieczory, czasem nocne. Pięć lat temu skończyłem z sędziowaniem i skupiłem się na bieganiu. Trenuję w klubie, mam licencję RMA, Racing Multi Athlon. Pracuję z trenerem Hichamem Bengheradą, z którym prowadzimy naprawdę mocną grupę treningową. Każdego roku dzielę sezon na części: od września wracam na asfalt, bo mieszkam w Paryżu. Od kwietnia lub maja regeneruję się po maratonie, a za dwa tygodnie zaczynam przygotowania do Annecy. Wtedy przechodzę w tryb bardziej trailowy.

Jakie odczucia daje panu trail, których nie znajduje pan na asfalcie?

To dwa zupełnie różne sporty. W trailu szukałem czegoś nowego, innych doznań związanych z wysiłkiem. Podczas maratonu jesteś naprawdę w kryzysie przez 10 do 30 minut. Na biegu trailowym na 80 kilometrów i dłuższym może to trwać godzinami. Lubię ten moment, kiedy trzeba sięgnąć głębiej i czegoś się o sobie nauczyć. Zawodowcy mówią, że to jak skondensowane życie przeżywane w ciągu kilku godzin. Forma potrafi zmieniać się bardzo szybko. Przechodzi się przez różne stany. Właśnie tego szukam: chcę trochę się zmęczyć i sprawdzić swoje granice.

 Dla żartu mówiłem, że gdybym pod koniec trasy miał problemy, stowarzyszenie Mécénat Chirurgie Cardiaque mogłoby również zoperować mi serce. » 

Axel Ramponi

Bardziej garnitur na asfalcie i szorty w błocie, czy spróbowałby pan również ultra w przebraniu?

Celem jest UTMB. Przebiec UTMB w smokingu? To byłoby coś, a potem od razu przeszedłbym na emeryturę (śmiech). Najpierw trzeba jednak zdobyć kwalifikację. To będzie pierwsza droga przez mękę, bo próbuję już od dwóch lat i wciąż jej nie mam. Ale później, czemu nie? Start w garniturze mógłby być czymś fantastycznym. To byłoby szaleństwo!

Biegł pan także, a przede wszystkim, dla Mécénat Chirurgie Cardiaque. Dlaczego akurat ta inicjatywa?

Znałem już to stowarzyszenie. Spotkałem ich podczas wydarzenia, które prowadziłem kilka lat temu. Pomagają dzieciom z wadami serca, których nie można operować w ich rodzinnych krajach. Sprowadzają je z zagranicy, operują tutaj, a dzieci wracają do domu ze zdrowym sercem. Dzięki maratonowi udało się zoperować pięcioro dzieci, więc efekt jest naprawdę wymierny. To sprawa, która szczególnie mnie porusza. Bardzo podobał mi się pomysł otwierania serc i ich naprawiania. Pomyślałem, że we wszystkich projektach, które będę realizował, chciałbym dodawać taki element społeczny, żeby wpisywać je w coś większego i nagłaśniać sprawy szlachetniejsze niż samo ukończenie zabawnego biegu. W przyszłości chcę mocniej angażować się w działania charytatywne i łączyć je z tymi wyzwaniami. Dla żartu mówiłem, że gdybym miał problemy na końcu trasy, chciałbym, żeby mogli zoperować również moje serce.

Jest pan również komikiem, bardzo aktywnym w mediach społecznościowych. Jak godzi pan te wszystkie światy?

Moim głównym tematem jest awans społeczny. Jak przenieść się z Lotaryngii do Paryża? Co zabawnego dostrzegamy, zmieniając perspektywę społeczną? To mój centralny temat. W bieganiu wszyscy jesteśmy jednak równi wobec natury i trudności. Chciałbym włączyć te elementy do swojego występu. Marzy mi się, żeby w pewnym momencie spektaklu pojawiła się bieżnia, na której biegłbym, rzucając żarty. 1 lipca zagram z kolegą pierwszy, 30-minutowy występ. Oczywiście pojawią się dowcipy o bieganiu. Na razie ten pomysł dopiero nabiera kształtu.

Czy inspirował się pan innymi biegaczami albo sportowymi osobowościami, budując swój wizerunek?

Bardzo lubię Mathieu Blancharda. Szczególnie cenię w nim to, że angażuje się w kilka projektów jednocześnie. Za każdym razem wyznacza sobie nowe cele i podejmuje nowe wyzwania. Ja również chcę uczyć się poprzez przeżywanie kolejnych doświadczeń. Kilian (Jornet) jest oczywiście wzorem samym w sobie. W trailu są Thibaut Garrivier i Baptiste Chassagne, z którymi miałem okazję biegać. Obserwuję największych francuskich zawodników. Nicolas Navarro to dobry przykład kogoś, kto przez lata potrafił zbudować swoją pozycję. Mehdi Frère, mimo zawieszenia, również pozostaje dla mnie przykładem. W moim klubie był też Félix Bour, wzór wytrwałości i odporności psychicznej. Inspirują mnie również ludzie ze świata komedii, na przykład Greg Guillotin i Rémi Gaillard z wcześniejszych lat.

 Pamiętam szczególnie pierwszy trening w garniturze, kiedy wyszedłem w nim z domu. Jakieś 100 metrów dalej spotkałem dwóch biegaczy. Jeden z nich przybił mi piątkę i powiedział: „Ale czad, super gość”. To naprawdę zapadło mi w pamięć. Po 20 sekundach biegu miałem już pierwszą taką interakcję i pomyślałem: „właśnie o to chodzi”. Dotykam czegoś naprawdę mocnego.

Axel Ramponi

Społeczność biegowa bywa bardzo poważna. Czuje pan, że jest otwarta na takie zabawne i nietypowe inicjatywy?

Ogólnie tak. Sam zadawałem sobie pytanie, czy nie jestem oszustem, skoro odszedłem od ciągłego polowania na życiówki i postanowiłem wyjść poza utarte schematy. Wiem, że dla niektórych coś takiego może wyglądać zupełnie absurdalnie, a nawet groteskowo. Mimo to reakcje były przeważnie bardzo dobre, dostawałem mnóstwo pozytywnych wiadomości. Widzę, że biegacze tacy jak Azeddine Habz czasem lajkują moje posty. Niektórzy przedstawiciele społeczności biegowej naprawdę są tym zainteresowani. Nie otrzymałem jednak wielu sygnałów od zawodników, którzy mocno wsparliby sam pomysł, bo nie pasuje on do tego, co zwykle uważa się za właściwe podejście do biegania. Kiedy trenowałem w Lasku Bulońskim, ludzie byli bardzo sympatyczni. Garnitur był oczywiście pretekstem do wielu żartów. Pamiętam szczególnie pierwszy trening w garniturze, kiedy wyszedłem w nim z domu. Jakieś 100 metrów dalej spotkałem dwóch biegaczy. Jeden z nich przybił mi piątkę i powiedział: „Ale czad, super gość”. To naprawdę zapadło mi w pamięć. Po 20 sekundach biegu miałem już pierwszą taką interakcję i pomyślałem: „właśnie o to chodzi”. Dotykam czegoś jeszcze mocniejszego.

Chciałby pan ponownie podjąć podobne wyzwanie w innej formule? Półmaraton, trail…?

Moim kolejnym celem jest MaXi-Race wokół jeziora Annecy. To 100 kilometrów i 6000 metrów przewyższenia. Gdzieś z tyłu głowy zaczynam myśleć, że zabawnie byłoby pobiec tam w garniturze. Skontaktowało się ze mną kilka marek technicznych, które mogą mnie wyposażyć. Kluczowe będzie odpowiednie dostosowanie stroju. Cały czas szukam kolejnych wyzwań, także poza bieganiem. Niedawno inny kolega opowiedział mi o Fastest Known Time (FKT). Na niektórych odcinkach, takich jak GR20 na Korsyce, istnieją rekordy przejścia. Jest mnóstwo miejsc, gdzie można walczyć z czasem, i myślę, że zabawnie byłoby podejmować takie wyzwania w garniturze. Muszę się jednak zastanowić nad tym, co przeżyłem i czego wciąż doświadczam, bo nadal jestem pod wpływem emocji po biegu. To naprawdę mocne przeżycie i daje mi ochotę, żeby przesuwać granice także w innych dyscyplinach.

Gdyby mógł pan przekazać wiadomość biegaczom, którzy wahają się przed podjęciem szalonego wyzwania, co by pan powiedział?

Żeby poszli na całość! Nigdy nie dowiadujemy się o sobie tak dużo, jak wtedy, gdy działamy i czasem wychodzimy poza utarte schematy. Trzeba czerpać z tego przyjemność, niezależnie od poziomu, czy jest się zawodowcem, czy amatorem, i dzielić się wartościami, które niesie bieganie. Tak naprawdę nie potrzeba wiele. Czasem szalone doświadczenie czeka tuż za rogiem, kilka kroków od domu.

Za garniturem i precyzyjnie wymierzonymi puentami Axel Ramponi uosabia na swój sposób ducha biegania: wybuchową mieszankę autoironii, sportowych ambicji i człowieczeństwa. Tak, zabrakło mu odrobiny do rekordu świata. Tak, eksplodował przed wejściem do doskonale znanego mu Lasku Bulońskiego. Przede wszystkim jednak zgromadził ludzi, rozbawił ich i pokazał, że bieganie może być również spektaklem. Że asfalt może stać się sceną. I że krawat całkiem dobrze pasuje do solidnego wyniku poniżej 2:50. Co dalej? Być może UTMB w smokingu. Bo z Axelem wszystko jest możliwe.