Dlaczego tak wielu biegaczy nagrywa maraton? Poszukiwanie uznania w epoce Instagrama
© @coursptitetomate

Dlaczego tak wielu biegaczy nagrywa maraton? Poszukiwanie uznania w epoce Instagrama

Dorian Vuillet
Autor: Dorian Vuillet

Opublikowano czw., 10 września 2026

Zaktualizowano czw., 10 września 2026

Dziś trudno przebiec maraton bez mijania biegaczy robiących selfie albo uruchamiających nagranie. Pokonanie 42,195 km nie jest już wyłącznie sportowym wyczynem: stało się także treścią do wyprodukowania. Osobista duma, potrzeba uznania i dobrze działający biznes sprawiają, że maraton rozgrywa się również na Instagramie.

Jeśli nie potrafisz już wyjść z domu na mniej lub bardziej intensywny trening bez telefonu, którym nagrywasz swoje tempo, prawdopodobnie dopadła cię bardzo współczesna przypadłość: bieganie w trybie online. Przypadłość, która może współistnieć z jego zaletami. „Uwielbiam uwieczniać takie momenty, bo maraton to emocja, której nie przeżyjemy drugi raz” opowiada Marine Gibard, znana w sieci jako @coursptitetomate, jedna z najpopularniejszych postaci francuskiego biegania (130 tysięcy obserwujących na Instagramie). W świecie maratonu trudno przeoczyć ten trend.

Ale dlaczego tak bardzo chcemy uwiecznić każdy krok? Często wszystko zaczyna się od influencerów. Ci, którzy wyspecjalizowali się w treściach biegowych, przekonali nas, że wynik przeżywa się zarówno na ulicy, jak i w mediach społecznościowych. Pokazywanie najnowszych butów, niedzielnego długiego wybiegania czy wykrzywionych twarzy na 35. kilometrze stało się niemal tak ważne jak sam trening. Na Instagramie bieganie nie jest już tylko bieganiem: to także produkcja treści. Wysiłek bez wątpienia stał się historią, którą się udostępnia.

Biegać, ale przede wszystkim dzielić się tym z innymi

Selfie, stories, rolki… pokolenie biegaczy dokumentuje wszystko. Od kawy przed treningiem po grymasy na 35. kilometrze, każda chwila staje się obrazem gotowym do publikacji. Nic dziwnego, że podczas maratonu potrzeba jest jeszcze silniejsza. Smartfon w dłoni, GoPro przyczepione magnesem do klatki piersiowej, kijek wyciągnięty tuż po starcie: biegacz jest dziś również filmowcem. „Wyciągam telefon, żeby dzielić się swoim doświadczeniem” wyjaśnia Marine Gibard. „Bardzo się cieszę, że nagrałam niektóre maratony, bo dzięki temu sama mam pamiątkę z biegu.”

Na maraton trzeba sobie zapracować. Cztery miesiące treningów, tygodnie zmęczenia, dziesiątki pokonanych kilometrów. Skoro więc przekroczyło się metę, dlaczego nie zachować po tym śladu? „Chcę pokazywać autentyczność, motywację i regularność… bez przeskakiwania kolejnych etapów” zapewnia 31-letnia twórczyni internetowa. Jej filmy nie są tylko pamiątką, ale także inspirują. Często opowiada o osobach, które podeszły do niej i powiedziały, że dzięki jej treściom zapisały się na swój pierwszy bieg. Nagrywanie maratonu, dalekie od zwykłego narcyzmu, może stać się sposobem przekazywania pasji dalej.

Ale ta opowieść nie jest bezkosztowa. Uniesienie ręki, szukanie odpowiedniego ujęcia, mówienie do kamery: kolejne sekundy uciekają z wyniku. „Tak, być może tracę kilka sekund na nagrywanie, ale nie jestem zawodowcem” przyznaje. „To nic wielkiego, jeśli będę mieć minutę więcej albo mniej.” Nie wszyscy podchodzą do tego z takim dystansem. Niektórzy celowo zwalniają, żeby uchwycić w tle Łuk Triumfalny, inni zatrzymują się całkowicie, by rozpocząć transmisję na żywo. Efekt? Wynik poświęcony w imię inscenizacji.

Ekonomia biegania w trybie online

Jeśli trend tak szybko rośnie, to również dlatego, że jest wspierany przez rynek. GoPro rozwija miniaturowe kamery dla biegaczy, Apple sprzedaje opaski na iPhone’a, a Garmin promuje automatyczne udostępnianie treningów. „Marki doskonale zrozumiały, że treści biegowe są na wagę złota” mówi Julien, amatorski fotograf i filmowiec. „Każdy opublikowany film to darmowa reklama. Maratony stają się ruchomymi witrynami wystawowymi.”

Organizatorzy również mają w tym interes: im więcej nagrań, tym większy szum, a wydarzenie zyskuje większą widoczność. Niektóre biegi, takie jak Marathon de Paris czy bieg w Walencji wysyłają już wpływowym biegaczom „zestawy dla twórców treści”.

Gdybym przestała publikować, moje bieganie wyglądałoby tak samo. Biegam od ponad 15 lat, dla siebie, a nie dla kamer.

Marine Gibard

Nadmiar treści zabija bieganie

Nagrywanie również męczy. „Po 55 km miałam za sobą nagrywanie treści przed biegiem, w jego trakcie i po nim, a tydzień później zachorowałam” opowiadała Marine Guibard. Za pozornie lekką relacją kryje się prawdziwe obciążenie psychiczne. Trzeba pamiętać o kamerze, montować filmy, odpowiadać na wiadomości, aż w końcu może to zacząć odbierać przyjemność z biegania. Mimo to podkreśla: „Gdybym przestała publikować, moje bieganie wyglądałoby tak samo. Biegam od ponad 15 lat, dla siebie, a nie dla kamer.”

Podobne słowa można usłyszeć od innych biegaczy, którzy dziś wybierają całkowite odcięcie. „Na swój ostatni maraton zostawiłam telefon w depozycie” opowiada 39-letnia Élodie, która ma na koncie sześć maratonów. „Przeżyłam każdy kilometr, nie myśląc o tym, jakie zdjęcie opublikuję. To było wyzwalające.” W świecie przesyconym obrazami takie „dobrowolne odłączenie” staje się niemal aktem buntu. Niczego nie udostępniać to odzyskać pewną czystość i intensywność, którą kamera potrafi osłabić.

Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele emocji tracimy, kiedy oglądamy wszystko przez ekran.

Nicolas

Prawdziwy luksus to niczego nie udowadniać

Sam maraton jest już wyczynem. Nagrywanie go bywa kolejnym niepotrzebnym rozpraszaczem. Kiedy próbujemy uchwycić każdą chwilę, w końcu zapominamy, by naprawdę jej doświadczyć. „Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele emocji tracimy, kiedy oglądamy wszystko przez ekran” zauważa Nicolas, który wcześniej nie pojawiał się na żadnym biegu bez smartfona pod ręką, lecz z czasem zaczął z niego rezygnować. „Łzy na mecie, muzyka, tłum… To chwila do przeżycia, a nie do wykadrowania.”

Meta nie potrzebuje filtra, by być magiczna, ani rolki, by udowodnić, że naprawdę tam byliśmy. Być może pewnego dnia najbardziej wywrotowym trendem będzie… zostawienie smartfona w depozycie i delektowanie się 42 kilometrami w trybie samolotowym.

Widzieliśmy już wszystko: rolki w tempie 5:00/km, relacje „przed startem” nagrywane przy czołówce, kamery przymocowane do czapki. Może kiedyś znów zaczniemy biegać po prostu dla przyjemności, bez szukania idealnego ujęcia i właściwego hashtagu. Nadejdzie dzień, gdy jedynym „lajkiem”, który będzie miał znaczenie, okaże się ten, który sami sobie przyznamy, przekraczając linię mety.

Sprawdź kalendarz maratonów

Więcej artykułów