Mistrzostwa Świata w Tokio: Peres Jepchirchir pokonała Tigist Assefę w sprincie po złoto w maratonie

Dorian Vuillet
Autor: Dorian Vuillet

Opublikowano czw., 10 września 2026

Zaktualizowano czw., 10 września 2026

Mistrzostwa Świata w Tokio: Peres Jepchirchir pokonała Tigist Assefę w sprincie po złoto w maratonie

W tokijskim upale i wilgotności maraton kobiet na mistrzostwach świata dostarczył emocji do samego końca. Peres Jepchirchir znów uruchomiła zabójczy finisz i wyprzedziła Tigist Assefę na ostatnich metrach, a Urugwajka Julia Paternain sprawiła sensację, zdobywając brąz.

Wszystko rozstrzygnęło się na bieżni. Maratonki ruszyły ze Stadionu Narodowego w Tokio w dusznym upale i przy paraliżującej wilgotności. Wiedziały, że zanim zaczną marzyć o podium, muszą przede wszystkim rozsądnie rozłożyć siły. Finał, jak to często bywa, rozegrał się na tartanie, na ostatnich metrach. I po raz kolejny Peres Jepchirchir okazała się najbardziej przebiegła. Kenijka, mistrzyni olimpijska z 2021 roku, pokonała w sprincie wielką faworytkę dnia, Tigist Assefę, z czasem 2:24:43, wyprzedzając ją o zaledwie dwie sekundy (2:24:45). To kolejny piorunujący finisz zawodniczki, która doskonale zna sztukę rozgrywania ostatniego kilometra. Jej rywalka po raz kolejny musiała przełknąć gorycz porażki w sprincie. Etiopka po raz drugi straciła tytuł na wielkiej imprezie, po srebrze za Holenderką Sifan Hassan na igrzyskach w Paryżu. Nie miała szczęścia.

Jestem tak bardzo szczęśliwa z tego, co zrobiłam w Tokio – cieszyła się Jepchirchir tuż po biegu. Było tak gorąco i tak trudno. Ale dałam radę. To nie było łatwe. Kiedy wbiegłam na stadion, kibice dodali mi mnóstwo energii. Naprawdę nie spodziewałam się zwycięstwa. Sprint na ostatnich metrach nie był moim ostatecznym planem, ale kiedy zobaczyłam, że do mety zostało 100 metrów, po prostu zaczęłam mocniej pracować nogami. Znalazłam w sobie ukryte pokłady energii. (…) Mimo że w karierze przebiegłam już wiele maratonów, jestem ogromnie wdzięczna za ten start, bo nie spodziewałam się zwycięstwa. To moje pierwsze zwycięstwo na mistrzostwach świata i cieszę się, że odniosłam je w Tokio, bo to właśnie w Japonii, na igrzyskach olimpijskich, zdobyłam swój pierwszy maratoński złoty medal. Ten bieg był trudniejszy. Wilgotność była bardzo wysoka, nie wiedziałam, że będzie aż tak gorąco”. 31-letnia, dwukrotna mistrzyni świata w półmaratonie błyszczała już w maratonie olimpijskim w Sapporo w 2021 roku. Teraz do bogatej kolekcji dorzuciła złoto mistrzostw świata, obok zwycięstw w legendarnych maratonach w Nowym Jorku i Londynie.

Sensacja Julii Paternain

Za plecami faworytek rozegrała się południowoamerykańska historia, która skradła show. Urugwajka Julia Paternain, dotąd pozostająca w cieniu, połknęła Ugandyjkę Stellę Chesang po 38. kilometrze i wywalczyła niewiarygodny brąz z czasem 2:27:23. Emocje sięgnęły zenitu, gdy dowiedziała się, że stanęła na podium. Zupełnie nie zakładała, że ukończy bieg na trzecim miejscu. To pierwszy medal Urugwaju w historii lekkoatletycznych mistrzostw świata. A najlepsze dopiero przed nami: 25-letnia Julia Paternain, urodzona w Meksyku w rodzinie Urugwajczyków i wychowana w Wielkiej Brytanii, w niedzielę pobiegła dopiero swój drugi (!) maraton.

Nie mogę w to uwierzyć. Jestem w szoku. Nie zwracałam uwagi na czas. Po prostu próbowałam biec. To było niesamowite doświadczenie. Kiedy robi się gorąco, lubię zamknąć się we własnym małym świecie i biec swój bieg. Dziś wyszło mi to na dobre. Trener powiedział mi, żebym biegła swoje i że ludzie będą mnie wspierać wraz z rozwojem rywalizacji. Dokładnie tak się stało. To była idealna strategia. Pod koniec dużo myślałam o Urugwaju. Uwielbiam reprezentować Urugwaj. Cała moja rodzina stamtąd pochodzi. Dorastałam w Anglii, a mieszkam w Stanach Zjednoczonych. To mały kraj, ale jestem z niego bardzo dumna. Jedyna rzecz, której nie lubię w tym kraju, to mate (śmiech). Mam nadzieję, że wkrótce wrócę do Urugwaju. (…) Chciałabym być przykładem dla młodych dziewczyn w Ameryce Południowej, żeby zobaczyły, że wszystko jest możliwe. Nieważne, skąd pochodzisz. Potrzebujesz tylko pary butów. Zaczęłam biegać dopiero w wieku 16 lat, a teraz mam 25. Każdy może to zrobić. »

Julia Paternain, brązowa medalistka maratonu

Pojedynek Assefa – Jepchirchir

Pierwsze mocne selekcjonowanie rozpoczęło się już na 25. kilometrze za sprawą Etiopijek, które rozerwały stawkę. Jessica McClain (9. miejsce na mecie, 2:29:20), a następnie Sullivan zostały w tyle. Pozostał długo wyczekiwany pojedynek: była rekordzistka świata w maratonie Tigist Assefa kontra aktualna rekordzistka świata w półmaratonie Peres Jepchirchir. Od 30. kilometra obie zawodniczki toczyły pojedynek na najwyższych obrotach. Ostatecznie Kenijka postawiła na swoim po zaciętym finiszu na bieżni Stadionu Narodowego. Przekroczyła linię mety w czasie 2:24:43, zaledwie dwie sekundy przed Etiopką Tigist Assefą (2:24:45). Ugandyjka Stella Chesang (2:31:13) i Kenijka Madeleine Massai (nie ukończyła) wciąż walczyły, ale traciły blisko 1:40. Były tak blisko, a jednak tak daleko. Napięcie utrzymywało się do 35. kilometra, kiedy stało się jasne, że zwycięstwo rozstrzygnie się między Assefą i Jepchirchir.

Zanim doszło do finałowego finiszu, Japonka Kana Kobayashi od początku poderwała miejscową publiczność, obejmując prowadzenie. Później tempo zaczęło rosnąć pod dyktando afrykańskich faworytek. Amerykanka Susanna Sullivan, która już zwróciła na siebie uwagę na mistrzostwach świata w Budapeszcie, prowadziła do 28. kilometra. Gdy została dogoniona, nie odpuściła i przekroczyła metę na 4. miejscu z czasem 2:28:17. To był heroiczny występ.

Manon Trapp zapłaciła za debiutancką lekcję

Z francuskiej perspektywy Manon Trapp zaliczyła cenną lekcję maratonu w japońskim piekle. Swoje 42,195 km ukończyła na 32. pozycji z czasem 2:36:09. Na 5. kilometrze była 58. (18:11), a na 10. 52. (36:12). Sawojka walczyła do końca mimo rosnącej straty do liderki (1:13:08 na 20. kilometrze, 36. miejsce na 35. kilometrze z czasem 2:09:21). To z pewnością wartościowe doświadczenie w tak mocno obsadzonym biegu i przy tak wymagających warunkach. „ Plan był taki, żeby zacząć ostrożnie i przyspieszyć pod koniec, ale byłam trochę naiwna, bo tak jak wszyscy od połowy dystansu zaczęłam odczuwać warunki – mówiła po biegu 25-letnia maratonka. Maksymalnie zwalniałam, bo chciałam uniknąć zbyt wczesnego przyspieszenia i udaru cieplnego. Trzeba znaleźć równowagę między odwagą a zajechaniem się. Później chciałam przyspieszyć, ale zwalniałam. Bolało mnie całe ciało, zrobiłam tyle, ile mogłam. Dobrze poradziłam sobie w punktach odżywczych. To było niesamowite doświadczenie, naprawdę coś wyjątkowego! Japończycy dawali z siebie wszystko, żeby mnie wspierać, i bardzo pomogli mi utrzymać tempo, bo nie udało mi się dołączyć do żadnej grupy. Nie miałam pojęcia, które zajmuję miejsce. Próbowałam dotrzeć do mety, a na ostatnich trzech kilometrach dałam z siebie wszystko, co jeszcze zostało, żeby urwać kilka pozycji. Nie mam sobie nic do zarzucenia. »