Oficjalne zdjęcia z biegu: tragedia w 10 aktach
Tragedia, czyli wydarzenie o dramatycznym, katastrofalnym charakterze. Dokładnie to dzieje się, gdy oglądasz oficjalne zdjęcia z ostatniego maratonu. Czas ucieka, wszyscy wokół publikują relacje ze swoich wyników, a ty pokładasz ostatnią nadzieję w fotografach organizatora. Liczysz, że znajdziesz choć jedno zdjęcie, które da się pokazać światu. Lekki krok, wyraz twarzy, zarysowany mięsień, swobodny oddech, wrażenie prędkości. Brzmi jak misja z góry skazana na porażkę, ale wciąż wierzysz. Kiedy przychodzi słynny mail od organizatora: „Oficjalne zdjęcia z biegu są już dostępne online”, emocje sięgają zenitu. Entuzjazm, ekscytacja, duma. A potem otwierasz pakiet zdjęć i nie wiesz już, czy śmiać się, czy płakać.
Akt 1: Wierzysz, ale my nie – km 0
Początek tej historii jest udany. Na szczęście, powiesz, przecież jeszcze nawet nie ruszyłeś. Zdjęcie jest świetne. Mieszanka emocji, lekki uśmiech, ukryta determinacja. Podnosisz ręce, już widzisz siebie na mecie. Tak, tak, mówimy o pierwszym miejscu na podium. Przed komputerem wyciągasz już kartę, bo jeśli dziewięć kolejnych zdjęć będzie równie dobrych, kupisz cały pakiet i zmienisz wszystkie zdjęcia profilowe. My nie postawilibyśmy na to ani złotówki. Spoiler: mieliśmy rację.
Akt 2: Podejrzany optymizm – km 5
Pierwsze kilometry tego maratonu za tobą. Uśmiech na twarzy, lekki krok, wszystko wydaje się iść jak po maśle. Podkreślamy: wydaje się. Uśmiech wciąż jest na miejscu, ale coraz bardziej wymuszony. Można się nawet zastanawiać, czy nie jest udawany. Ledwie 5 km, a już zaczyna ciągnąć. Z niecierpliwością czekamy na ciąg dalszy.
Akt 3: Wszystko pod kontrolą (wcale nie) – km 15
Minęła już ponad godzina biegu i dociera do ciebie, że może potrwać dłużej, niż zakładałeś. Tym razem policzki masz różowe, widać pot. Efekt na zdjęciu jest dość zaskakujący. Wyglądasz, jakby wszystko było pod kontrolą i nic nie mogło ci się przydarzyć. Wystarczy jednak przybliżyć kadr, by zobaczyć, że jedyne pytanie, jakie wtedy sobie zadajesz, brzmi: „po co za to zapłaciłem?”. Właściwie nie trzeba nawet przybliżać, żeby to zauważyć.
Akt 4: Już walczysz – km 20
Półmetka jeszcze nie ma, a twarz już stężała. Rzeczywiście, będzie znacznie dłużej, niż planowałeś. Na 20. kilometrze wchodzisz prosto w strefę turbulencji. Lekkość kroku została na piątym kilometrze. Widać, że właśnie zaczyna się wewnętrzna walka. Oczywiście chcesz zachować godność i siłę, ale nie, Photoshop nic nie poradzi na grymas cierpienia, który zdążył się pojawić. Tryb przetrwania jest już blisko. Niefortunnie, skoro do mety wciąż daleko.
Akt 5: Zdjęcie, którego nikt nie zobaczy – km 30
Nie wiadomo już, czy to ściana na maratonie czy pole bitwy. A przecież jeszcze wczoraj kumpel ostrzegał: „Ściana maratońska to nie mit”. Wygląda na to, że uważałeś się za silniejszego. Błąd. Wbiegłeś w nią z rozpędu, a to zdjęcie idealnie podsumowuje ideę maratonu. Oczywiście zauważyłeś fotografa, który z samego rana ustawił się na 30. kilometrze (tak, pierwsi zawodnicy dotarli tam już 3 godziny i 30 minut temu). Tym razem nie da się niczego udawać. Ciało odmawia posłuszeństwa, głowa również.
Akt 6: Zdradliwe spojrzenie – km 35
„Kto nie próbuje, ten nie wygrywa.” Intencje były dobre. Oczywiście nie przewidziałeś, że właśnie tutaj będzie fotograf. Zaskoczony, wykrzesujesz z siebie resztkę sił, żeby jakoś wyglądać. Widać to na zdjęciu. Wymuszasz coś, co w twoim przekonaniu jest uśmiechem. Nic z tego. To zdjęcie, podobnie jak wszystkie poprzednie, trafi do kosza.
Akt 7: Autopilot – km 38
„Liczy się to, żeby dobiec do mety”. Słusznie! Gdy stoper pokazuje ponad pięć godzin, naprawdę liczy się już tylko ukończenie biegu. W tym momencie liczysz co najwyżej na zdjęcie z mety. W najgorszym razie zostaje selfie z zaparowanym smartfonem najnowszej generacji i medalem finishera na szyi. 38. kilometr: cera ma kolor umywalki, a fotograf nie może już nic zrobić. Usta wyschły, bo przecież nawadnianie to oszustwo. Ogólnie niewiele zostało, co mogłoby cię korzystnie pokazać, poza uniesionym kciukiem, który z trudem składasz w chwili mijania obiektywu.
Akt 8: Zdjęcie, na którym myślisz, że jesteś sam – km 42
To zdecydowanie twoja chwila. Po ponad pięciu godzinach wysiłku wreszcie go dostrzegasz. Tak, łuk mety też, ale przede wszystkim fotografa siedzącego na krześle. Twojego bohatera dnia. Człowieka, który pozwoli ci zdobyć przynajmniej jedno przyzwoite zdjęcie. Przygotowujesz się, wydłużasz krok, prostujesz się, rozluźniasz twarz i próbujesz wyglądać swobodnie. W tamtej chwili wydaje ci się, że wszystko wyszło perfekcyjnie. Do momentu, gdy odkrywasz, że było zupełnie inaczej. Spojrzenie masz mętne i puste, jakby dusza opuściła ciało. Idziesz instynktownie, bez najmniejszej koordynacji rąk i nóg. Zdecydowanie niczego już nie kontrolujesz, a zdjęcie wygląda jak kadr z horroru.
Akt 9: Drugie zdjęcie z mety, druga szansa – km 42
Kiedy widzisz, że dostępne jest jeszcze jedno zdjęcie z mety, to już wisienka na torcie. Zawodnik z numerem 6537 przebiegł przed tobą dokładnie w tym momencie. Nie panikuj, i tak nie wyszłoby lepiej.
Akt 10: Finałowe odkrycie
Logujesz się na oficjalnej stronie ze zdjęciami zawodników pełen nadziei. Właściwie zbyt pełen. Podsumujmy: tylko pierwsze zdjęcie może się nadać. Problem w tym, że w tle wciąż widać łuk startowy. Nie ma się czym chwalić w mediach społecznościowych. W końcu widzisz cenę pakietu: 30 euro. Nie możesz się powstrzymać i rzucasz: „W każdym razie zachowałem wspomnienia w głowie.” Tego wieczoru na naszych tablicach zobaczymy twoje selfie z medalem finishera.
Ani słowa o czasie, stanie na mecie czy miejscu w klasyfikacji. Tylko proste „Finisher Marathon ✅”.