Pierre Destailleur przebiegł 20 maratonów w 23 dni, by mówić o glebie

CP
Autor: Charles-Emmanuel Pean

Opublikowano czw., 10 września 2026

Zaktualizowano czw., 10 września 2026

Pierre Destailleur przebiegł 20 maratonów w 23 dni, by mówić o glebie
© Jérôme Habasque

Od 16 września do 9 października inżynier agronomii Pierre Destailleur biegł codziennie maraton, by jak najwięcej osób uwrażliwić na ochronę gleby i jej bioróżnorodności. Rozmowa z człowiekiem, który chce być „zakorzeniony”. To hojny projekt zrealizowany ku pamięci jego starszego brata Thomasa, który zmarł w 2019 roku.

✓ W kwietniu rozmawialiśmy już z Pierrem, kiedy jego pomysł dopiero zaczynał kiełkować.


Pierre, jak narodził się projekt „Enraciné”, jeśli sięgnąć pamięcią tak daleko, jak to możliwe?

W 2019 roku, po śmierci mojego brata. W tamtym czasie, po ukończeniu studiów magisterskich z zarządzania, pracowałem w handlu wielkopowierzchniowym i miałem bardzo materialistyczne marzenia: mocny samochód, quad, piękny dom. Kiedy straciłem starszego brata, przechodziłem trudny okres. Zacząłem dostrzegać pewne aspekty naszego stylu życia. Przez lata podróżowaliśmy, lataliśmy samolotami, byliśmy w Stanach Zjednoczonych, Azji, na wyspach i w departamentach zamorskich, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Sporo razy startowałem w zawodach za granicą, korzystając z samolotu. Nie byliśmy wzorem do naśladowania, nawet nie byliśmy blisko. Dzięki mojemu bratu Thomasowi Destailleur zrozumiałem, że moja ówczesna praca nie miała sensu. Nie chciałem być częścią systemu, który niszczy życie. Potem przyszedł COVID, zacząłem uczyć się online i dużo zainteresowania poświęciłem temu, co krytykował Jean-Marc Jancovici (przyp. red. inżynier i wykładowca), a także naszym społecznym mitom. To była bolesna pobudka. W końcu dopadł mnie kryzys związany z lękiem klimatycznym.

I wtedy pojawił się sport…

Sport zawsze był częścią mojego życia. Na początku pomógł mi stanąć na nogi i ponownie nawiązać kontakt ze światem. Bieganie i sport w ogóle wprowadzają mnie w stan, w którym czuję się dobrze. W stan medytacji. W końcu, po tych wszystkich trudnych chwilach, ponieważ uwielbiam studiować i się uczyć, rozpocząłem naukę w szkole inżynierii rolniczej, żeby zbliżyć się do tematyki środowiska. Nie wywodzę się z tego świata, miałem się jeszcze wiele nauczyć.

To właśnie po powrocie do nauki odnalazł pan swoją drogę?

Nie od razu. Całościowe podejście prezentowane w tej szkole, skupione na rozwiązaniach technicznych, takich jak energia słoneczna czy gospodarka odpadami, oraz na rozwiązaniach legislacyjnych, nie przemawiało do mnie. Zdałem sobie sprawę, jak trudno coś zmienić w bardzo spolaryzowanym środowisku, na przykład między Confédération paysanne a FNSEA. Ostatecznie to właśnie podczas studiów agronomicznych znalazłem swoją sprawę. Zafascynowała mnie tematyka gleby. O glebie mówi się mało albo wcale, nie widać jej, właściwie tylko po niej chodzimy. A przecież to ona pozwala nam się żywić, reguluje obieg wody i węgla, podtrzymuje lasy. To centralny ekosystem: kiedy wyszliśmy z wody, zaczęliśmy się rozwijać wraz z bakteriami i mikroorganizmami gleby. Całe życie i jego bogactwo opierają się na glebie, jej bioróżnorodności i ewolucji. Równolegle ze szkołą zacząłem działać w stowarzyszeniu Uni-Vert Sport. To stowarzyszenie ma szczęście współpracować z biegaczem Nicolasem Vandenelskenem, który przebiegł między innymi 110 maratonów w 110 dni, mówiąc poprzez sport o zdrowiu i planecie. Duży wpływ wywarły na mnie również książki Pierre’a Weilla, który między innymi założył stowarzyszenie Bleu-Blanc-Cœur. Nicolas Vandenelsken bardzo mnie wspierał, choć zawsze bałem się podjąć takiego projektu. W pewnym momencie powiedziałem sobie: „let’s go”, chcę mówić o glebie, opowiedzieć historię i nagłośnić te tematy. Zgłosiłem się do programu Sport Planète prowadzonego przez MAIF i zostałem wybrany. Przygoda się rozpoczęła…

Jestem dumny, że żyję z niepełnosprawnością i że mogę uwrażliwiać innych na ten temat.

Pierre Destailleur
© MAIF – Pierre Destailleur w barwach Sport Planète

W mediach społecznościowych widzieliśmy, że podczas swojej trasy spotkał pan mnóstwo osób…

Rzeczywiście, to było niesamowite. Mogłem rozmawiać z najróżniejszymi ludźmi, każdy otwierał przede mną swoje drzwi. Przede wszystkim spotykałem osoby, których ten temat naprawdę dotyczył: ludzi zajmujących się badaniem gleby, edukatorów środowiskowych, ale też wielu rolników o różnym pochodzeniu i różnych poglądach. Wielkich właścicieli gospodarstw i skromniejszych gospodarzy. To było bardzo ciekawe, bo mogłem również „ścierać się” z ludźmi, którzy niekoniecznie byli przekonani do mojej sprawy. W ciągu 30 lat zniszczyliśmy przecież ogromne ilości żyznej ziemi, którą odziedziczyliśmy. Istnieją przekazy mówiące, że Rzym upadł, ponieważ basen Morza Śródziemnego został „wyjałowiony” przez potrzeby rolnictwa imperium. W ciągu tysiąca lat mieli doprowadzić do wyczerpania ziemi i upadku swojego społeczeństwa. My zrobimy to w 50 lat.

Mimo wszystko pozostaje pan optymistą?

Wspólnie damy sobie radę, jestem o tym przekonany. Celem tej przygody było sprawić, by temat gleby stał się dla wszystkich bardziej obecny. Chcę, żeby każdy interesował się glebą ze względu na całe bogactwo, które nam daje. Reguluje obieg wody i pozwala nam pić czystą wodę. Dba o bioróżnorodność, magazynuje węgiel, ogranicza skutki powodzi i suszy. Staram się przekazywać ten komunikat wszystkim za pośrednictwem Instagrama i ogólnodostępnych kanałów, żeby ludzie zrozumieli, że zdrowa gleba pozwala nam budować stabilne społeczeństwo i że trzeba jej chronić. Naprawdę chcę doprowadzić do społecznej debaty o glebie. To może zabrzmieć trochę pretensjonalnie albo zuchwale, ale chcę to zrobić.

Czy może nam pan opowiedzieć o swojej niepełnosprawności?

Mam ją od urodzenia i nigdy nie powstrzymała mnie przed robieniem czegokolwiek. Grałem w piłkę nożną i tenisa. Do 18. roku życia ukrywałem jednak swoją niepełnosprawność. Miałem protezę i chciałem być taki jak inni. Dopiero podczas podróży po Australii i Kanadzie coś się we mnie zmieniło. Chciałem jeszcze bardziej ją zaakceptować. Od 18. roku życia zacząłem być dumny z tego, że żyję z niepełnosprawnością. Nie wpływa to na ocenę moich wyników. Podczas tej trasy korzystałem jednak z wózka, co pozostaje bardziej skomplikowane. Przy pchaniu wózka lepiej mieć obie ręce. W ramach trasy „Enraciné” mówiłem również o niepełnosprawności. Paradoksalnie najtrudniejsze były chyba dzieci. Nie mają żadnych filtrów: „proszę pana, pan mnie straszy”, „jak pan je?”, „ma pan dziewczynę?”. Czasem pojawiały się nawet łzy. To było wzbogacające dla wszystkich. Jestem dumny, że żyję z niepełnosprawnością i że mogę uwrażliwiać innych na ten temat. To trochę jak z rasizmem. Trzeba edukować ludzi, pokazywać różnorodność i odmienność.

Trzeba włączać innych we wszystko. Celem tej przygody było mówienie o sporcie, niepełnosprawności i glebie. Wszędzie, gdzie się pojawiałem, podkreślałem ten potrójny wymiar, szczególnie w gimnazjach, szkołach i liceach, gdzie o niepełnosprawności rozmawialiśmy znacznie więcej niż z dorosłymi. Wciąż istnieje pewien dyskomfort wokół tego tematu, a igrzyska paralimpijskie nadal czasem wprawiają ludzi w zakłopotanie. To dyskomfort wobec różnorodności.

Czy któreś ze wspomnień szczególnie do pana wraca?

Podróż była pełna dobrych chwil. W Nançois-le-Grand, w departamencie Meuse, odwiedziłem Ferme bio des Terres Froides, niezwykłe miejsce. W wiosce liczącej 45 mieszkańców powitało mnie 20 osób, z saksofonem i transparentami! Trafiłem do rodziny zaangażowanych rolników, prowadzących niewielkie gospodarstwo z kilkoma krowami, tradycyjnym dojeniem, własną produkcją sera i sprzedażą. Sprawili, że poczułem się jak w domu. Byli tak gościnni i otwarci na rozmowę. Mają mnóstwo rzeczy do przekazania i pokazania. Powinniśmy doceniać takich ludzi, choć mam świadomość, że istnieje wiele rodzajów rolnictwa i wiele sposobów pracy. W Châlons-en-Champagne przyjął mnie Jean-Loup Coquillard, niezwykle gościnny nauczyciel fizyki i chemii, który co roku organizuje festiwale. W naszym społeczeństwie zbyt często budujemy swoją tożsamość na strachu przed innymi. Mamy polityków, którzy każą nam bać się siebie nawzajem. Ta trasa była dla mnie wspaniałą lekcją otwartości. Ludzie otwierali przede mną swoje domy, co prowadziło do spotkań, wymiany doświadczeń i poszerzania horyzontów. Nie przewidziałem tego, pracując nad projektem. Trzeba zawsze wychodzić do innych.

W naszym społeczeństwie zbyt często budujemy swoją tożsamość na strachu przed innymi. Ta trasa była dla mnie wspaniałą lekcją otwartości. Ludzie otwierali przede mną swoje domy, co prowadziło do spotkań, wymiany doświadczeń i poszerzania horyzontów. Nie przewidziałem tego, pracując nad projektem.

Pierre Destailleur

25 października przeżył pan kolejną intensywną chwilę…

Tak, wreszcie wypuszczam film Open your Wild, poświęcony przygodzie mojego starszego brata Thomasa, któremu dedykowany jest ten projekt. Włożyłem w ten 35-minutowy film mnóstwo pracy. Opowiada o jego wyprawie i jestem z niego dumny. Mój starszy brat zastanawiał się wtedy nad wpływem człowieka na przyrodę. W 2019 roku, zupełnie naturalnie, wyjechał do Kanady, by przyjrzeć się bardzo zanieczyszczającym środowisko piaskom bitumicznym. Wsiadł na rower, spotykał ludzi i odwiedzał miasta związane z tą branżą. Wyruszył też kajakiem w głąb natury, żeby zobaczyć wpływ tej działalności na rzeki i różne ekosystemy. Robił to w bardzo edukacyjny sposób i wciągnął wiele osób w swoje rozważania. Chciał w pewnym sensie na nowo pojednać nas z naturą. Zmarł podczas tej wyprawy… To na pewno będzie mocny moment. Tylko ja w całej rodzinie widziałem te nagrania i tylko ja musiałem zmierzyć się z tym bólem… Cała moja rodzina będzie 25 października w kinie. Być może pomoże nam to lepiej przeżyć żałobę. Kiedy ukończyłem 20 maratonów w Orleanie, byłem psychicznie zdruzgotany, bo Thomas nie zdołał przekroczyć mety swojego marzenia. Tym filmem chcę oddać hołd jego pracy i zaangażowaniu. We Francji odbędą się dwa pokazy, a potem w ramach „Enraciné” ruszę rowerem do Aarhus w Danii.

Już pan rusza w kolejną drogę? Proszę opowiedzieć…

Jeszcze tego nie ogłosiłem, ale 30 października ruszam rowerem w stronę Aarhus. To 1100 kilometrów. Chcę podjąć kolejną, krótszą przygodę i dotrzeć na kongres poświęcony ochronie gleby, z udziałem europejskich przedstawicieli świata gospodarki i nauki. Opowiem tam o swojej wyprawie. Żeby dotrzeć do Aarhus, będę pokonywał 150–200 km dziennie, więc to będzie prawdziwe wyzwanie. Rower z napędem na jedną rękę jest trudniejszy, a wysiłek bardzo intensywny. Po Aarhus pojadę do Montpellier i Tuluzy na festiwale oraz konferencje. Trasa jeszcze się nie kończy, nawet się do tego nie zbliżamy! Do końca roku będzie intensywnie. Spróbuję narobić wokół tematu gleby jak najwięcej hałasu.